Belladonny

Kiedy miałam 12 lat, zachorowałam na żółtaczkę. Pierwszy raz schudłam 10 kilo, pierwszy raz się zakochałam i wymyśliłam pierwszą powieść. Jedyną jej kopię mam dziś tylko w głowie.

Mała Sabinka była bardzo samotną dziewczynką. Mieszkała w wielkim domu z dala od innych dzieci w czasach, kiedy nie było jeszcze Internetu. Pewnego razu z powodu źle zszytej nogi zachorowała na żółtaczkę, i, spędzając półtora miesiąca w łóżku, stała się dziewczynką jeszcze bardziej samotną (ale za to, dzięki diecie wątrobowej, już nie taką grubą). Wtedy właśnie, w wietrzną noc marcową roku 1993, po raz pierwszy obejrzała  film Dracula z Frankiem Langellą,

frank

po raz pierwszy się zakochała (we Franku Langelli rzecz jasna) i zaczęła pisać swoją pierwszą powieść, której, jak można się spodziewać, główną bohaterką uczyniła samą siebie. Sabinka wymyśliła, że daleko, daleko, w Transylwanii, żył sobie Książę Vlad Venet, którego jego własne grzechy przemieniły w wampira, a ona, taka właśnie, mała i gruba, była inkarnacją miłości jego życia, wiedźmy Salomei, która spłonęła na stosie w roku 1388. Pewnego dnia Venet, wiedziony słowami prastarej wyroczni, odnalazł ją w zwykłym świecie, któremu na imię Miedzeszyn, i uczynił dwunastą księżną Siedmiogrodu, Mołdawii, Wołoszczyzny oraz kilku innych pomniejszych ziem.

Scabeater / Foter / CC BY-NC-ND

I co, myślicie, że żyli razem długo i szczęśliwie? Otóż nie. Pierwsza powieść, którą wymyśliła Sabinka, nosiła tytuł Belladonny, to znaczy Czarownice. Tytuł zaczerpnięty został z książki Julesa Micheleta, która stanowiła w tamtych czasach jedną z jej głównych lektur.

czarownica

Powieść była zatytułowana Belladonny (a nie Belladonna), ponieważ, oprócz samej Sabinki, inkarnacji czternastowiecznej wiedźmy, w książce występowała druga bohaterka – Hiszpanka, kochanka Veneta, towarzyszka jego złej drogi, kobieta, która nie wahała się dla miłości dobrowolnie przyjąć klątwy wiecznego życia (tak, tak – podczas gdy Venet nie ma wielkiego wyboru i wampirem zostaje za karę, Hiszpanka wstępuje w ten biznes świadoma praw i obowiązków, zupełnie dobrowolnie). Zakochana, wiecznie młoda i piękna, waleczna i mądra wie, że Venet nie może jej pokochać (wyrocznia, inkarnacje, klątwa, tralala), ale godzi się z tym. Trwa u jego boku odważna jak lwica, a jej wielka miłość na brzegach zamienia się w kategoryczny imperatyw (mając 12 lat, nie szafowałam jednak tym sformułowaniem). Hiszpanka znosi wszystko, chroni go, leczy jego rany, uprawia czary, nie odstępuje na krok. Jest w jej miłości smutna mądrość, która każe jej – uważajcie – odejść, gdy słowa wyroczni się spełniają i kiedy Venet przywozi z daleka tę, na którą czekał przez setki lat, drugie wcielenie Salomei, małą dziewczynkę.

lang

Ale uwaga. Venet, poślubiając Salomeę 2.0 (dlaczego nie miałam problemu z wątkiem pedofilskim w powieści, nie mam pojęcia i aż boję się myśleć), zamienia się w człowieka, odzyskuje ludzkie instynkty, potrzeby i to, co ma najlepszego. Wszystko byłoby super, gdyby nie jedno ale. Otóż, wraz z odzyskaniem człowieczeństwa, Venet zyskuje śmiertelność. I to w dodatku jakby skondensowaną. Oto z dnia na dzień otwierają się jego bitewne rany, wszystkie, których zdążył nabawić się przez setki lat czekania, oto dopadają go wszystkie winy, których się dopuścił, oto leży i, mówiąc prosto, kwiczy, a w powieści, napisanej wzniośle – śmierć przegląda się w jego czarnych oczach. Halo! Tego nie było w umowie! Jak można się spodziewać, Salomea 2.0 nie ma pojęcia, co z tym fantem zrobić. Wie za to, że jedyna osoba, która może pomóc, to Hiszpanka. Więc zaczyna jej na gwałt szukać, odkrywając jednocześnie fakt, że jest tak naprawdę piątym kołem u wozu oraz przyczyną całego zamieszania.

Niestety, dociągnąwszy pracowicie fabułę do tego momentu, wyzdrowiałam. Poziom bilirubiny i próby wątrobowe wróciły do normy, przestałam sikać na brązowo, a zażółcenie błon śluzowych minęło jak ręką odjął. Musiałam iść do szkoły i obliczać pole trapezu. Nigdy nie dokończyłam powieści, a jedyny maszynopis, który miałam (maszynopis!), zaginął gdzieś w trzewiach wielkiego domu. Po Księciu z Transylwanii został mi zwyczaj pisania do siebie listów (kiedyś o tym opowiem, bo to bardzo ciekawe) oraz wysyłania sobie prezentów (o tym też opowiem). Czasem odnoszę wrażenie, że upodobanie do facetów z ormiańsko-gruzińską urodą też wzięło się właśnie stamtąd, ale kiedy patrzę na Franka Langellę… O ludzie. Kiedy patrzę na Franka Langellę, mam poczucie, że dorastanie ma jednak jakiś wyższy, uniwersalny sens.

lang ttt

Ikona: Photo credit: ihave3kids / Foter / CC BY-NC-ND