Albatros

Z talentem to jest dziwna sprawa. Jeśli masz go tak dużo, żeby wiedzieć, że go masz, a jednocześnie tak mało, że nic sensownego nie da się z tym zrobić, jesteś w głębokim grobie. Nie dasz rady usiąść i pracować na infolinii, w sklepie, sprzedawać bułki, ciuchy, kwiaty, robić nic z tych prostych rzeczy, ktore czynią wolnym, ponieważ twój talent stanie ci ością w gardle i udusi cię w ciągu tygodnia. Nie dasz też rady utrzymać się z owoców swego talentu, ponieważ ta grudka, którą dostałaś przy narodzeniu, to nie Boża iskra, ale co najwyżej Boża bździna – za dużo, żeby ją zlekceważyć (bździna czy nie, zawsze Boża), za mało, żeby się unieść w niebiosa. Idziesz więc przed siebie, wleczesz za sobą swój talent i czujesz się jak cholerny albatros. Nie zdecydowałam jeszcze, czy ten od Baudelaire’a czy ten z Monthy Pythona.

1 Thought.

  1. a może to nie kwestia wielkości talentu, tylko tego, co jesteś w stanie poświęcić, żeby go channelować. Bo nie wydaje mi się, że to coś wrodzonego, to raczej Twoje bycie anteną, odbiornikiem. Możesz poświęcić odbieraniu absolutnie wszystko, a możesz chcieć mieć obok jakieś życie, związek i inne, i wtedy ni ch, nie podskoczysz, nie odbierasz tego wszystkiego, co byś mogła. Albo popieprzone życie i Talent, albo poukładane życie i talent? Nie wiem, sama próbuję brać się z tym za bary…
    nieanonimowa ka

Comments are closed.