17 września, Włocławek

No i w ten sposób muszę dziś napisać nie 3, a 6 tysięcy znaków. Biały ekran jest jak otwarta paszcza.

 Cały wczorajszy dzień spędziłam na przygotowaniach do tego, żeby nic nie robić. Spisałam listę (a jakże), i metodycznie wykonałam wszystkie zawarte na niej punkty (oprócz pisania, stąd zadane na dziś 6 tysięcy znaków). Posprzątałam dom, wyniosłam śmieci, zmieniłam żwirek, ogarnęłam Sforę tak, żeby do wtorku działała bez mojego udziału, apotem odebrałam maila od użytkownika Joanna, w którym znajdowały się dwie prośby – napisać dla nich wstęp do folderu promującego nowe usługi (kontraktowa produkcja leków i kosmetyków) oraz przejrzeć witryny internetowe konkurencji, wybrać najlepszą i napisać rozprawkę na poparcie swojej tezy. Pierwszą prośbę wykonałam dziś, w obleśnym pokoiku [pensjonat we Włocławku, zastanawiam się, czy obsmarować ich w internecie, czy dać wygrać tej części swojej natury, która pozwala rzeczom być takimi jakimi są bez szczególnego sprzeciwu].

img_1498

Przyjechaliśmy wczoraj wieczorem (prowadziłam całą drogę). Przed dwudziestą drugą (punktualnie, tak jak było mówione) przywitała nas gruba baba w zawyżonym wieku średnim (w rzeczywistości mogła być pewnie moją rówieśnicą), z nasilonym napięciem przedmiesiączkowym, z włosami przypominającymi perukę i kaskadą prześlizgującymi się po twarzy (jak włosy w ogóle mogą rosnąć tak równo?). Zaprowadziła nas ‘na pokój’, wcisnęła klucz i zażądała po pierwsze – dowodu osobistego od któregokolwiek z nas (P dał swój), a po drugie – stu czterdziestu złotych opłaty teraz, zaraz, tu, na miejscu. Pojechaliśmy do bankomatu, P wyjął kasę, po czym zawiozłam go na miejsce picia, a sama wróciłam z psem, żeby zapłacić babce. Pies od pierwszego wejrzenia nienawidzi pokoju. Nienawidzi podłogi, a koc, który wzięliśmy z domu, wcale w tym nie pomaga. Dziś jest trochę lepiej, po całym dniu chodzenia (około osiemnastej miałam na liczniku szesnaście tysięcy kroków), jest tak zmęczona, że zasnęła, ale całą ubiegłą noc spędziła na mozolnym wciskaniu swojego futrzanego, krowiego tyłka pod łóżko, a następnie na histerycznych próbach wydostania się stamtąd z powrotem.

 Mimo wszystko mam wrażenie, że udało mi się wyrwać z taśmy produkcyjnej. Dziś rano, kiedy nieprzytomna zawiozłam P na start i w drodze powrotnej zatrzymałam się w makdonaldzie na kawę, poczułam się szczęśliwa. Siedziałam w samochodzie z nieumytymi włosami i zębami, piłam kawę i była to jedna z najlepszych kaw i najlepszych chwil w moim życiu, a w tym roku na pewno. Samochód delikatnie się bujał (zawsze się buja, kiedy pies dyszy na tylnym siedzeniu), a ja siedziałam, patrzyłam przed siebie i myślałam coś w rodzaju „chwilo, trwaj”. W pokoju (gdyby nie uporczywe skojarzenia z Egmo, nazwałabym ten pokój „niegościnnym”), umyłam zęby i twarz (krem nawilżający tołpy – mam nadzieję, że nie mówię tego w złą godzinę, wydaje mi się, że jest rewelacyjny), zabrałam psa i pojechałyśmy do miasta. Zjadłam śniadanie w samochodzie i czułam się (nie wiem w zasadzie dlaczego), jak na wagarach.

Włocławek wygląda trochę jak Łódź, a trochę jak Bolonia. W centrum małe, przykurczone budynki z czerwonej cegły (im mniejszy, tym starszy), a tuż obok centrum dziwne, puste pola, z których wyrastają straszne, pastelowe bloki, zupełnie jak w Nowym Dworze. Ludzi nie widać, jakby wymarli albo wyjechali do Londka (jeden czort), samochody jeżdżą spokojnie tak, jakby nikt się tu nigdzie nie spieszył. Może fakt, że dziś sobota, ma pewien wpływ na moją ocenę, ale spróbujcie pojechać w sobotę do Warszawy. Poza zwykłym i normalnym ruchem z prawej, z lewej i z tyłu, zdarzają się wtedy sytuacje zupełnie niespodziewane i absurdalne – stare pasaty ciągnące poniatowskim, niespełniające norm audi w średnim wieku na środkowych pasach, hamowanie na środku i kierunkowskazy z dupy.

 Zwiedziliśmy stare centrum Włocławka, domy siedzące w kucki nad ulicami, wąskie bramy pełne tajemnic (wyobraźcie to sobie – dom komunalny w samym centrum miasta, zabytki i sznur z bielizną, na którym wiszą dresy, czerwone spodenki nike, na domu kapliczka z madonną, dookoła sztuczne kwiaty we wszystkich kolorach świata, na podwórku czarne volkswageny,  dresiarze i ich babcie, całe życie przeniesione na dwór, usadzone na ławce przed domem jak we Włoszech). Zrobiłam dwa tysiące dwieście zdjęć [po zgraniu z aparatu uznałam je wszystkie za beznadziejne].

img_1506

 Wcześniej jeszcze zwiedziłam tamę (raz dużo wody, raz mało wody, tam, gdzie dużo wody: żaglówki i fal tak wiele), przeszłam przez most z zielonym rusztowaniem i przespałam się w samochodzie (śniło mi się, że ktoś umarł, a jakże).

Po tym, jak zwiedziliśmy starówkę i pies sflaczał dokumentnie, poszliśmy po zakupy. Zwykłe zakupy w auchan. Kupiłam ręcznik na aerobik (nie taki zwyczajny tylko z jakiegoś dziwnego, śliskiego tworzywa, w kolorze limonkowym), a po zakupach zjedliśmy naleśniki, wróciliśmy do pokoju (niegościnnego) i poszliśmy spać.

Liczę dni do kasy i cieszę się z nadchodzących prezentów. Gdybym miała sporządzić listę radości na dziś, napisałabym na niej, co następuje: dwa prezenty – a szczególnie torba z Vermut Atelier, wszystko wskazuje na to, że w poniedziałek zostanie wysłana. Obiecuję sobie, że to będzie ostatnia torba w tym roku i że będę nosiła ją codziennie tak, żeby nabrała tej wspaniałej patyny właściwej skórzanym torbom. Dalej, cudowna pora roku, lato, które ciemnieje i na brzegach zaczyna zamieniać się w jesień. Poranki i wieczory są zimne, dni są nadal złote i piękne, a liście powoli zaczynają spadać z drzew. Uwielbiam tę porę i każdego roku kojarzy mi się ona z tym, że choćby nie wiem co, każdego dnia możesz zacząć wszystko od nowa. Myślę, że zawdzięczam to przekonanie szkole – nowy zeszyt, nowe książki, każdego roku we wrześniu zupełnie nowa postać. Uwielbiam nowe rzeczy, uwielbiam zmiany, zmiany popychają mnie do przodu. Czasami wypierdalam się przy tym żałośnie, ale kto powiedział, że ma być lekko.

Zaczynam myśleć, że cały ten urlop jest, tak naprawdę, całkiem dobrym pomysłem i może nie będzie tak źle, jak w maju.

Wygląda na to, że jutro musimy wymeldować się do dziesiątej rano. Inaczej pani z bardzo równymi włosami przyjdzie po nas z siekierą. Jestem pewna, że ma specjalny hak na tę siekierę i nie może się wprost doczekać, żeby jej użyć.