15 września

pierwszy dzień urlopu [wyzwanie: każdego dnia należy generować 3000 znaków na dowolny temat]

Muszę sobie wynaleźć coś na ten urlop, bo zwariuję. Musi to być bezpłatne i na tyle angażujące, żebym przestała logować się na pracową skrzynkę. Nie zamierzam spędzić tego urlopu we łzach, tak jak w maju. O nie.

W poniedziałek odwiedziła nas Marie-Cecile, razem z Bastianem. Zauważyłam, że mam coraz mniej problemów z mówieniem po angielsku i szukam okazji, żeby się wykazać. Niestety, w dalszym ciągu mówię raczej to, co umiem powiedzieć, aniżeli to, co bym chciała. Nie mam też umiejętności finezyjnego wyrażania myśli, co, jak mniemam, przyjdzie z czasem. Zaczęłam z faszystowską gorliwością notować wszystkie nowe słowa, nowe sformułowania, idiomy, wszystko, wszystko. Jeśli czytam dla siebie, czytam po angielsku (przez to czytam w zasadzie wyłącznie kryminały, tłumacząc się tym, że angielski stanowi wartość dodaną i absolutne wytłumaczenie, coś jak pełne ziarno w herbatnikach, które pod każdym innym względem są chujowe). Notuję więc wszystko, a  potem wieszam nowe słówka, zdania, sformułowania, smaczki w łazience przy lustrze tak, żeby czytać je podczas mycia zębów i malowania oczu. Ta metoda była dawniej zaskakująco efektywna.

W poniedziałek wyszłam z pracy o 19.15 (Egmont wyglądał jak po wybuchu atomowym, pomyślałam, że tak właśnie będzie, jeśli pewnego dnia ludzkość przestanie istnieć i nikt nie będzie już potrzebował książek dla dzieci), pojechałam na aerobik (power TBC), a potem, zgrzana i zmęczona do nieprzytomności, pojechałam po P.

We wtorek nie działo się nic szczególnego, a przynajmniej nic, o czym bym pamiętała. W środę pojechałam do pracy autobusem i siedziałam do 19.30, wysyłając maile jak efektywny automat. Lubię to w sobie. Lubię te dni, kiedy jestem skoncentrowana na zadaniach i kiedy wykonuję je jedno po drugim bez mrugnięcia okiem, profesjonalnie, szybko i z gracją. Myślę, że aby działać w ten sposób, muszę mieć bardzo dużo na głowie, muszę mieć listę zadań a3 i granatowy flamaster, którym, jedno po drugim, wykreślam zadania. Flamaster musi być taki, żeby przebijał na drugą stronę. Denerwują mnie zadania, które wykreślam, a które mimo to widzę.

Myślę, że jestem mistrzem sporządzania list. W ostatnich kilku dniach musiałam zmierzyć się z kilkoma listologicznymi dylematami, o istnieniu których nie miałam pojęcia. Czy można na przykład przepisać zadanie z jednej listy na drugą i wykreślić je z pierwszej listy tak, jakby było zrobione? (Przecież nie jest). Albo czy jeśli zrobisz coś, czego nie było na liście, powinnaś to dopisać, a następnie skreślić? (Tak, dla zdrowia psychicznego). Rozwiązałam takich problemów wiele i pluję sobie w brodę, że ich nie zapisałam. To, czego nie zapiszesz, znika i jest tak, jakbyś tego nigdy nie pomyślała.