1/3 października

Pilica, ośrodek YMCA, czy coś w tym rodzaju

Milion dwieście lat i ani jednego słowa, wstyd, żal dupę ściska.

Siedzę na werandzie domku, jednego z tych małych drewnianych domków, które z zewnątrz wydają się większe niż w środku. W środku pachnie jak w kościele albo jak w domu w Milanówku (zawsze uważałam, że tak pachnie śmierć, ale domki kempingowe stanowią dla mojej tezy intrygujący kontrargument). Przyjechaliśmy wczoraj, wyjeżdżamy jutro. Zaczynam znajdować upodobanie w tych weekendach wyjętych z codzienności i myślę, że dla takich weekendów warto poświęcić teksty w ZI, poświęcić kilka torebek, wypadów do lumpów i innych brewerii. Jechałam godzinę temu z Sulejowa, spadające liście we wstecznym lusterku, pies na siedzeniu za mną, kręta rzeka z prawej strony, ławki nad rzeką, powietrze złote jak miód. Czułam się szczęśliwa. Szczęśliwa na tyle, żeby po raz kolejny wyciągnąć słynne zdanie o pięknej chwili, która ma trwać, i chlastać się nim po twarzy.

img_1551 img_1511 img_1561 img_1562

Wczoraj, zasypiając, pomyślałam, że wcale nie jest tak źle. Że jasne, mam poważny problem z gospodarowaniem pieniędzmi, mam dług jak stąd do księżyca, ale – z drugiej strony – każdy coś ma, każdy, każdy, każdy. Ten się tnie, tamten pije, jeszcze jeden się zaciąga, puszcza, gra na wyścigach and what not. Mój Boże, gdyby nie to delikatne rozpasanie, gdyby nie ta jedna skaza, byłabym mdła, rozsądna, wykastrowana i święta do porzygania. Mówię sobie: powinnaś czerpać przyjemność z rzeczy innych niż zakupy. Oglądam się za siebie, wytrząsam na lewą stronę kieszenie swojej duszy i wychodzi, że taki sam fun, takiego samego kopa, tyle samo euforii daje mi sprzedanie rysunku, o ba, nawet jakikolwiek pozytywny rysunkowy fidbek. Mam jednakowoż problem – nie chcę tapetować fejsbuka rysunkami, nie chcę się narzucać (do licha, jeśli ktoś uzna, że mu się narzucasz, wyłączy cię ze znajomych, no harm done).

Powrót do pracy kosztował mnie nieco mniej wysiłku niż wskazywałyby na to dwa tygodnie urlopu. Jestem zdziwiona. Po pierwszym dniu, kiedy to czułam się tak, jakby ktoś wyssał mi mózg przez rurkę i napełnił czaszkę gutaperką, doszłam do siebie i wczoraj na koniec dnia wiedziałam już, jak się nazywam, jakie mam projekty i co z nimi zrobić, żeby uratować świat. Poza tym nie zmieniło się nic, posprzątałam na biurku, jeszcze kilka dni i osiągnę z powrotem ten stan koncentracji, w którym czuję, że moja głowa ma najwyższy moment obrotowy, że klik, klik, myśli rozwijają się jedna po drugiej gładko i logicznie, że wszystko, co robię, jest, klik klik, tak bardzo profesjonalne.

Postanowiłam wyznaczać sobie budżety tygodniowe, nie miesięczne. Wyliczyłam, że aby zmieścić się w swoich dochodach, nie mogę wydawać więcej niż 250 zł tygodniowo (chociaż muszę to jeszcze raz policzyć). Zamierzam zapisywać wszystkie wydatki tak, żeby nic mi nie uciekało i żeby czarno na białym widzieć, gdzie jest przekroczone i o ile. Jeśli poradziłam sobie kiedyś tą metodą z kaloriami, poradzę sobie i teraz.

Just watch me.