Nowa Sarzyna | 21 października

W czytaniu kronik jest coś głęboko pocieszającego, i nie w czytaniu bardzo starych zapisków, takich, że 10 czy 15 lat wstecz (tu wręcz przeciwnie, mimo pewnych wyjątków żal dupę ściska), ale w czytaniu opowieści sprzed miesiąca czy dwóch. To trochę tak, jakby spotykać się z samą sobą, iść na randkę z samą sobą i tworzyć z samą sobą relację, intymny związek, miłość i przeogromną przyjaźń, która musi wystarczyć do końca życia. Myślę, że gdybym była w stanie uprawiać ten dialog codziennie, zapisując rzeczy zarówno fundamentalne, jak i zupełnie błahe, pozbawione sensu czy naznaczone obsesją, redundantne do porzygania, byłabym znacznie bardziej stabilna psychicznie. O ba, byłabym niezatapialna.

wodny

Przeżywam tymczasem jazdy o nowym ciężarze gatunkowym, w zupełnie nowym stylu i w nowym repertuarze. Jazdy, w których coś we mnie mówi mi najgorsze rzeczy, jakie mogę wymyślić (a znając się najlepiej, potrafię zadawać rany z chirurgiczną precyzją i wstrząsającą kreatywnością). Rzeczy, które są absurdalne, jeśli pomyśleć o nich na chłodno, pięć dni potem, kiedy już się je sobie powiedziało, a w tej absurdalności bolesne jak diabli, i, mam wrażenie, bardzo destrukcyjne. Kiedy byłam mała, mój brat bił mnie na oślep po twarzy, taki miał sposób na kontakty ze światem, i myślę sobie, że w tych ranach zadawanych z taką wirtuozerią samej sobie jest wiele z logiki dwulatka okładającego cię po gębie – żałosne to i zasługujące na litość, a mimo wszystko boli, mimo wszystko możesz, przy odrobinie szczęścia, dostać w oko. Dziś, kiedy siedzę na łóżku w hotelowym pokoju w Nowej Sarzynie (hotel jest obskurny, na biurku leży kinkiet – ktoś chyba uznał, że może równie dobrze służyć za lampkę na biurku, i pewnie by mógł, gdyby się nie przewracał), kiedy więc siedzę w hotelowym pokoju przy jasno zapalonych światłach, to wszystko, co sobie powiedziałam, wydaje mi się stosunkowo zabawne, ale wiem też, że za dzień, dwa albo za miesiąc to znów do mnie przyjdzie i będę odczuwać przemożną chęć skrzywdzenia się na każdy ze znanych sposobów. Podczas ostatniej z tych sesji zapisałam się do psychiatry, ale dziś, kiedy siedzę w świetle, wydaje mi się to pozbawione sensu i kompletnie nie na miejscu, oszalały syndrom Munchausena i skrajnie nieodpowiedzialne próby zwrócenia na siebie uwagi. Kłopot w tym, że to wróci, że pewnego dnia, wieczorem albo rano, będę się czuła tak, jakby w moim ciele mieszkała druga, konkurencyjna dusza, dusza, która jest karłowata, czarna, głucha i ślepa, i której podstawowe zainteresowania to śmierć oraz krew (albo – krew oraz śmierć). Chciałabym móc znaleźć w sobie siłę, żeby to kontrolować, chciałabym, żeby ktoś przypinał mnie pasami do łóżka, żeby wiązał mi ręce, żeby trzymał głowę, chciałabym umieć zminimalizować straty, bo na razie jest tak, jakbym srała na rzadko pod ciśnieniem, a potem, kiedy to mija, patrzyła na obsrany świat i z zażenowaniem przystępowała do sprzątania. A sprzątanie po swojej złej duszy jest za każdym razem coraz trudniejsze, coraz bardziej wyczerpujące i coraz mniej efektywne. Gówno wchodzi w szczeliny świata tak głęboko, że w niektórych miejscach może pozostać na zawsze.

* * *

Więc na dziś nie idę do psychiatry. Postanowiłam więcej ze sobą rozmawiać, więcej do siebie pisać, postanowiłam dbać o siebie jak o swoje dziecko. Przeczytałam gdzieś kiedyś, że dojrzałość polega między innymi na tym, że jesteś w stanie przewidzieć ataki swojej złej duszy (och, oczywiście, tekst był w Polityce, w związku z czym to infantylne sformułowanie nie zostało użyte eksplicytnie), że jesteś więc w stanie przewidzieć to, co sprowadza cię do stanu miotającego się dwulatka, i jesteś w stanie zapobiec temu, zanim to się jeszcze wydarzy. Ciekawa sprawa. Teraz, w hotelu w Nowej Sarzynie, wydaje mi się to całkowicie rozsądne, możliwe do zrobienia i leżące w granicach moich możliwości. Bez jaj, jak by nie było, jestem ogarnięta, skończyłam studia, zrobiłam prawo jazdy i Atlas świata My Little Pony.

* * *

Wydaje mi się że nie piszę także po to, aby nie zaplątać się w swoją narrację. Każda opowieść otwiera drzwi do innej opowieści, której żal nie opowiedzieć. Nie możesz tymczasem opowiedzieć wszystkiego, ponieważ życie jest za krótkie, żeby żyć i opowiadać jednocześnie. A z drugiej strony, może to tylko kwestia podzielności uwagi.

Ostatnimi czasy mój umysł zasadniczo zwiększył potrzebę prokrastynacji. Specjalny ośrodek w jednym z płatów wypatruje tylko okazji, żebym nie robiła tego, co akurat robię, żebym zamiast tego, co robię, robiła coś zupełnie innego, i innego, i innego, i innego. Kiedy piszę (teraz, siedzę na krześle w gaciach od piżamy, mam na sobie koszulkę z napisem think less, do more, którą za kilka dni zgubię), no więc kiedy piszę TERAZ, mój umysł podpowiada mi, żeby otworzyć allegro i poszukać sukienek (czy bluzek, czy spódnic, balerinek clarks numer trzydzieści dziewięć w zakładce używane). Mam delikatny katar i powinnam wytrzeć nos, ale wiem, że jeśli to zrobię, z całego skupienia, które i tak nie jest najlepszej jakości, nie pozostanie już zupełnie nic.

Mój umysł jest ostatnio jak kot, który wszystkiego się boi i podskakuje pod sufit, jeśli kichnąć za głośno. Wszystko mnie odrywa, wszystko prowadzi do wszystkiego innego, wszystko wymaga sprawdzenia i przeczytania o tym dwóch zdań. Pisząc te słowa, siłą bronię się przed otworzeniem netu i sprawdzeniem takich haseł jak przebodźcowanie oraz tego, co można zrobić, żeby utrzymać skupienie na poziomie niezbędnym do zebrania myśli przez dłuższą chwilę, od pół minuty w górę. Może powinnam odpinać internet od kompa, może powinnam uprawiać jakieś medytacje, tańce rytualne, pić napar z siemienia.

Nudzę się sama sobą, nudzę się wszystkim innym, mam kompulsywną potrzebę majstrowania, zmieniania i robienia od nowa. Nudzę się, jadąc samochodem, myjąc zęby, czytając, pisząc. Jestem jak gimnazjalista, który nie potrafi robić jednej rzeczy naraz, albowiem wychował się w środowisku cyfrowym, w którym odnośników meta jest więcej niż grzybów po deszczu. Nie potrafię zaangażować się w jedną rzecz, skończyć jej, a potem przejść do drugiej rzeczy. Zastanawiam się, czy można to świadomie poprawić, czy jest to nieodwracalna szkoda w moim umyśle, która będzie się już tylko pogłębiać. Może pisanie, ale takie serio, że metodycznie i codziennie, mogłoby jakoś pomóc.

Sabinka – wylinka, nic nie zostało, wszystko na autopilocie, wszystko jak automat. Moje życie nie zawiera życia, zawiera aplikację, która steruje mną tak jak program do obsługi fejsbukowych kont zmarłych. Myślę, że może powinnam iść do psychiatry. Że to jest ten etap. Ewentualnie myślę, że muszę poczekać do chwili, kiedy kompletnie przepali mi się bezpiecznik i nie będzie już nic, tylko śliska, gładka droga, z górki na pazurki.

Co gorsza, nie do końca pamiętam, kiedy ostatnio żyłam. Co wtedy robiłam i dlaczego było fajnie. Nie do końca pamiętam, że w ogóle było fajnie.

* * *

Mam czasem poczucie, że pomyślałam coś ważnego. Taka ważna myśl błyska i gaśnie, nie daje się ująć, złapać, zapisać, określić. Wymyka się jak złota rybka, która spełnia życzenia. Rzucam wtedy wszystko i zaczynam jej szukać, co jest z góry skazane na niepowodzenie. Ponieważ taka myśl pojawia się tylko po to, żebym wiedziała, że gdzieś ją mam, i była spokojna.

[stary plik z komputera]

 

IMG_3382

Rezurekcja

Blok twórczy, który panuje w tym roku, jest chyba najbardziej doniosły ze wszystkich dotychczasowych. Lęgną się w nim pytania,  które mogłabym zadawać legalnie, gdybym nie ukończyła gimnazjum: komu to potrzebne? Czy będę do tego wracać? Na co? Po co? Uciekło mi przekonanie, które miałam jeszcze kilka lat temu – przekonanie o niezwykłości każdego dnia, i o tym, że niezapisana, niezwykłość ta ulatuje i nigdy nie wraca. Nie mówiąc już o tym, że przestałam pisać dla pieniędzy, a organ nieużywany usycha i odpada.  Nie chciałabym, żeby uschła i odpadła mi zdolność komunikowania się w języku polskim, to byłaby strata stokroć gorsza niż pokruszone wybielaczem włosy.

IMG_2372

[Kiedy piszę to wszystko, ktoś na facebooku komentuje moje zdjęcie z zimy. Zdjęcie przedstawia, jak się okazuje, opuszczony garaż przemysłowy przy ul. Śnieguliczki. Ktoś pisze, że to stary zakład blacharski i komis samochodowy, oraz że firma najwyraźniej nie przynosiła zysków ani nie cieszyła się uznaniem klientów. Rejestrowano ją dwa razy pod dwoma regonami, co ani w jednym, ani w drugim przypadku nie przyniosło sukcesu].

 15941389_1291711877560452_8889270595880901910_n

[Uwielbiam opuszczone domy, pisałam o tym kiedyś. Od opuszczonych domów ściska mi się serce, bucha żar i namiętność.

Jezu, naprawdę dawno mnie tu nie było.]

Pewnego dnia usiądę i opiszę wszystko to, co wydarzyło się w międzyczasie, wyłowię ze spokojnego nurtu ubiegłego półrocza wydarzenia, które wydają się ważne, i położę je przed sobą jak kamienie, ugładzone i wymyte przez sens, który im nadam.  Nie stało się jednakowoż nic spektakularnego, poza moim awansem, rozlicznymi zmianami koloru włosów, potyczkami z kolczykiem, targami w Bolonii, ostatnim wypadem do Londynu. Nic, nul, żadnych głębokich przemyśleń, żadnych poważnych książek, żadnych rezolucji, żadnych większych upadków ani tym bardziej wzlotów. Szybuję na wysokości przelotowej, jadę na autopilocie, żyjąc tracę życie i każdego dnia robię po dwanaście tysięcy kroków, co przekłada się na 8 kilometrów spaceru. Kiedy skończę, będę miała 60 lat i wielki żal do siebie, jak w tym śnie, w którym byłam staruszką, a jedyne, co w życiu zrobiłam, to felietony dla Linii.

 

 

***

Urodziny to dzień, w którym wizy pomiędzy między światem żywych i umarłych obowiązują jakby mniej, w związku z czym jesteśmy  świadkami wzmożonego ruchu upiorów. Takie Dziady.

Kochany Pamiętniczku, wracam do ciebie w podskokach, żeby donieść, że nic się nie stało. Od naszego ostatniego spotkania minęło wiele tygodni, które przerzuciłam jeden po drugim tak szybko, że gdyby nie odrosty na włosach, mogłabym ich nawet nie zauważyć. Ten wpis nie dzieje się naprawdę. To balon zwiadowczy, który wypuszczam tylko po to, żeby przekonać się, jak wiele zapomniałam. U schyłku roku planowałam zebrać do kupy wszystkie notatki z 2016, wpuścić je w książkę, dołożyć materiał graficzny i wydrukować, ale, wkurzona na siebie i na jednostajny tok moich myśli, utknęłam w połowie, wyszło jak zwykle. IMG_1611

* * *

notatki z 2012

Rozmieniam swoje życie na drobne aż zaczyna ono przypominać delikatny srebrny piasek. Piasek wypada mi z rąk, lśni w słońcu przez chwilę i spada na ziemię, tworząc na drodze, którą idę, piękny i nic nieznaczący wzór. Nie piszę. Nie maluję (Matko Boska, a kiedy ja w ogóle MALOWAŁAM, używam tego słowa tak, jak używa się szminki). Nie kupuję już nawet torebek na Allegro. Nie kupuję majtek, nie kupuję perfum. Jedyna radość, jaka czasami mnie jeszcze odwiedza, płynie z perspektywy wolnej soboty. Płynie do chwili, gdy w wstaję w tę wolną sobotę z łóżka. Wtedy radość rozsypuje się na milion kawałków, a jeden z nich zawsze, ale to zawsze, wpada mi do oka. Co tydzień, z regularnością Kanta spacerującego po zaułkach Królewca, mam doła, i to takiego doła, w którym chcę się zabić, ścinam włosy, siedzę na podłodze, drapię twarz paznokciami i płaczę. Co tydzień dochodzę do wniosku, że P mnie nie kocha, wybieram sobie jakiś nic nieznaczący motyw, jakieś słowo, zdanie, trzaśnięcie drzwi albo spojrzenie i oblepiam je swoimi obsesjami tak długo, aż fakt, że tracę go dzień po dniu, staje się dla mnie jasny (halo, dziewczynko, nie wpadłaś na to wcześniej?). Idę potem do niego z tą myślą i mówię mu wszystko, rozkładam przed nim te brednie jedna po drugiej jakbym wyciągała sobie z gardła najobrzydliwsze, parujące jeszcze jak świeże mięso bebechy. On słucha mnie w ciszy, a jego ormiańskie oczy stają się czarne jak dwa jeziora z egipskich legend o podróży w zaświaty.

Nie pamiętam, kiedy po raz pierwszy poczułam w sobie gwałtowną chęć ukarania się, wymierzenia sobie sprawiedliwości, odpokutowania za coś, co w moim własnym mniemaniu uchodziło za wielkie przewinienie. Nie pamiętam, kiedy pierwszy raz podniosłam na siebie rękę, kiedy moja podświadomość delikatnie podsunęła mi pod nos jedno z posunięć skierowanych bezpośrednio we mnie.

Jakkolwiek by nie było, przysięgłam sobie, że będę pisać, ponieważ bez pisania nie istnieję. To, czego nie mogę opowiedzieć samej sobie, czego nie potrafię albo nie chcę opisać, nie dzieje się naprawdę. Koniec i bomba.

1/3 października

Pilica, ośrodek YMCA, czy coś w tym rodzaju

Milion dwieście lat i ani jednego słowa, wstyd, żal dupę ściska.

Siedzę na werandzie domku, jednego z tych małych drewnianych domków, które z zewnątrz wydają się większe niż w środku. W środku pachnie jak w kościele albo jak w domu w Milanówku (zawsze uważałam, że tak pachnie śmierć, ale domki kempingowe stanowią dla mojej tezy intrygujący kontrargument). Przyjechaliśmy wczoraj, wyjeżdżamy jutro. Zaczynam znajdować upodobanie w tych weekendach wyjętych z codzienności i myślę, że dla takich weekendów warto poświęcić teksty w ZI, poświęcić kilka torebek, wypadów do lumpów i innych brewerii. Jechałam godzinę temu z Sulejowa, spadające liście we wstecznym lusterku, pies na siedzeniu za mną, kręta rzeka z prawej strony, ławki nad rzeką, powietrze złote jak miód. Czułam się szczęśliwa. Szczęśliwa na tyle, żeby po raz kolejny wyciągnąć słynne zdanie o pięknej chwili, która ma trwać, i chlastać się nim po twarzy.

img_1551 img_1511 img_1561 img_1562

Wczoraj, zasypiając, pomyślałam, że wcale nie jest tak źle. Że jasne, mam poważny problem z gospodarowaniem pieniędzmi, mam dług jak stąd do księżyca, ale – z drugiej strony – każdy coś ma, każdy, każdy, każdy. Ten się tnie, tamten pije, jeszcze jeden się zaciąga, puszcza, gra na wyścigach and what not. Mój Boże, gdyby nie to delikatne rozpasanie, gdyby nie ta jedna skaza, byłabym mdła, rozsądna, wykastrowana i święta do porzygania. Mówię sobie: powinnaś czerpać przyjemność z rzeczy innych niż zakupy. Oglądam się za siebie, wytrząsam na lewą stronę kieszenie swojej duszy i wychodzi, że taki sam fun, takiego samego kopa, tyle samo euforii daje mi sprzedanie rysunku, o ba, nawet jakikolwiek pozytywny rysunkowy fidbek. Mam jednakowoż problem – nie chcę tapetować fejsbuka rysunkami, nie chcę się narzucać (do licha, jeśli ktoś uzna, że mu się narzucasz, wyłączy cię ze znajomych, no harm done).

Powrót do pracy kosztował mnie nieco mniej wysiłku niż wskazywałyby na to dwa tygodnie urlopu. Jestem zdziwiona. Po pierwszym dniu, kiedy to czułam się tak, jakby ktoś wyssał mi mózg przez rurkę i napełnił czaszkę gutaperką, doszłam do siebie i wczoraj na koniec dnia wiedziałam już, jak się nazywam, jakie mam projekty i co z nimi zrobić, żeby uratować świat. Poza tym nie zmieniło się nic, posprzątałam na biurku, jeszcze kilka dni i osiągnę z powrotem ten stan koncentracji, w którym czuję, że moja głowa ma najwyższy moment obrotowy, że klik, klik, myśli rozwijają się jedna po drugiej gładko i logicznie, że wszystko, co robię, jest, klik klik, tak bardzo profesjonalne.

Postanowiłam wyznaczać sobie budżety tygodniowe, nie miesięczne. Wyliczyłam, że aby zmieścić się w swoich dochodach, nie mogę wydawać więcej niż 250 zł tygodniowo (chociaż muszę to jeszcze raz policzyć). Zamierzam zapisywać wszystkie wydatki tak, żeby nic mi nie uciekało i żeby czarno na białym widzieć, gdzie jest przekroczone i o ile. Jeśli poradziłam sobie kiedyś tą metodą z kaloriami, poradzę sobie i teraz.

Just watch me.

17 września, Włocławek

No i w ten sposób muszę dziś napisać nie 3, a 6 tysięcy znaków. Biały ekran jest jak otwarta paszcza.

 Cały wczorajszy dzień spędziłam na przygotowaniach do tego, żeby nic nie robić. Spisałam listę (a jakże), i metodycznie wykonałam wszystkie zawarte na niej punkty (oprócz pisania, stąd zadane na dziś 6 tysięcy znaków). Posprzątałam dom, wyniosłam śmieci, zmieniłam żwirek, ogarnęłam Sforę tak, żeby do wtorku działała bez mojego udziału, apotem odebrałam maila od użytkownika Joanna, w którym znajdowały się dwie prośby – napisać dla nich wstęp do folderu promującego nowe usługi (kontraktowa produkcja leków i kosmetyków) oraz przejrzeć witryny internetowe konkurencji, wybrać najlepszą i napisać rozprawkę na poparcie swojej tezy. Pierwszą prośbę wykonałam dziś, w obleśnym pokoiku [pensjonat we Włocławku, zastanawiam się, czy obsmarować ich w internecie, czy dać wygrać tej części swojej natury, która pozwala rzeczom być takimi jakimi są bez szczególnego sprzeciwu].

img_1498

Przyjechaliśmy wczoraj wieczorem (prowadziłam całą drogę). Przed dwudziestą drugą (punktualnie, tak jak było mówione) przywitała nas gruba baba w zawyżonym wieku średnim (w rzeczywistości mogła być pewnie moją rówieśnicą), z nasilonym napięciem przedmiesiączkowym, z włosami przypominającymi perukę i kaskadą prześlizgującymi się po twarzy (jak włosy w ogóle mogą rosnąć tak równo?). Zaprowadziła nas ‘na pokój’, wcisnęła klucz i zażądała po pierwsze – dowodu osobistego od któregokolwiek z nas (P dał swój), a po drugie – stu czterdziestu złotych opłaty teraz, zaraz, tu, na miejscu. Pojechaliśmy do bankomatu, P wyjął kasę, po czym zawiozłam go na miejsce picia, a sama wróciłam z psem, żeby zapłacić babce. Pies od pierwszego wejrzenia nienawidzi pokoju. Nienawidzi podłogi, a koc, który wzięliśmy z domu, wcale w tym nie pomaga. Dziś jest trochę lepiej, po całym dniu chodzenia (około osiemnastej miałam na liczniku szesnaście tysięcy kroków), jest tak zmęczona, że zasnęła, ale całą ubiegłą noc spędziła na mozolnym wciskaniu swojego futrzanego, krowiego tyłka pod łóżko, a następnie na histerycznych próbach wydostania się stamtąd z powrotem.

 Mimo wszystko mam wrażenie, że udało mi się wyrwać z taśmy produkcyjnej. Dziś rano, kiedy nieprzytomna zawiozłam P na start i w drodze powrotnej zatrzymałam się w makdonaldzie na kawę, poczułam się szczęśliwa. Siedziałam w samochodzie z nieumytymi włosami i zębami, piłam kawę i była to jedna z najlepszych kaw i najlepszych chwil w moim życiu, a w tym roku na pewno. Samochód delikatnie się bujał (zawsze się buja, kiedy pies dyszy na tylnym siedzeniu), a ja siedziałam, patrzyłam przed siebie i myślałam coś w rodzaju „chwilo, trwaj”. W pokoju (gdyby nie uporczywe skojarzenia z Egmo, nazwałabym ten pokój „niegościnnym”), umyłam zęby i twarz (krem nawilżający tołpy – mam nadzieję, że nie mówię tego w złą godzinę, wydaje mi się, że jest rewelacyjny), zabrałam psa i pojechałyśmy do miasta. Zjadłam śniadanie w samochodzie i czułam się (nie wiem w zasadzie dlaczego), jak na wagarach.

Włocławek wygląda trochę jak Łódź, a trochę jak Bolonia. W centrum małe, przykurczone budynki z czerwonej cegły (im mniejszy, tym starszy), a tuż obok centrum dziwne, puste pola, z których wyrastają straszne, pastelowe bloki, zupełnie jak w Nowym Dworze. Ludzi nie widać, jakby wymarli albo wyjechali do Londka (jeden czort), samochody jeżdżą spokojnie tak, jakby nikt się tu nigdzie nie spieszył. Może fakt, że dziś sobota, ma pewien wpływ na moją ocenę, ale spróbujcie pojechać w sobotę do Warszawy. Poza zwykłym i normalnym ruchem z prawej, z lewej i z tyłu, zdarzają się wtedy sytuacje zupełnie niespodziewane i absurdalne – stare pasaty ciągnące poniatowskim, niespełniające norm audi w średnim wieku na środkowych pasach, hamowanie na środku i kierunkowskazy z dupy.

 Zwiedziliśmy stare centrum Włocławka, domy siedzące w kucki nad ulicami, wąskie bramy pełne tajemnic (wyobraźcie to sobie – dom komunalny w samym centrum miasta, zabytki i sznur z bielizną, na którym wiszą dresy, czerwone spodenki nike, na domu kapliczka z madonną, dookoła sztuczne kwiaty we wszystkich kolorach świata, na podwórku czarne volkswageny,  dresiarze i ich babcie, całe życie przeniesione na dwór, usadzone na ławce przed domem jak we Włoszech). Zrobiłam dwa tysiące dwieście zdjęć [po zgraniu z aparatu uznałam je wszystkie za beznadziejne].

img_1506

 Wcześniej jeszcze zwiedziłam tamę (raz dużo wody, raz mało wody, tam, gdzie dużo wody: żaglówki i fal tak wiele), przeszłam przez most z zielonym rusztowaniem i przespałam się w samochodzie (śniło mi się, że ktoś umarł, a jakże).

Po tym, jak zwiedziliśmy starówkę i pies sflaczał dokumentnie, poszliśmy po zakupy. Zwykłe zakupy w auchan. Kupiłam ręcznik na aerobik (nie taki zwyczajny tylko z jakiegoś dziwnego, śliskiego tworzywa, w kolorze limonkowym), a po zakupach zjedliśmy naleśniki, wróciliśmy do pokoju (niegościnnego) i poszliśmy spać.

Liczę dni do kasy i cieszę się z nadchodzących prezentów. Gdybym miała sporządzić listę radości na dziś, napisałabym na niej, co następuje: dwa prezenty – a szczególnie torba z Vermut Atelier, wszystko wskazuje na to, że w poniedziałek zostanie wysłana. Obiecuję sobie, że to będzie ostatnia torba w tym roku i że będę nosiła ją codziennie tak, żeby nabrała tej wspaniałej patyny właściwej skórzanym torbom. Dalej, cudowna pora roku, lato, które ciemnieje i na brzegach zaczyna zamieniać się w jesień. Poranki i wieczory są zimne, dni są nadal złote i piękne, a liście powoli zaczynają spadać z drzew. Uwielbiam tę porę i każdego roku kojarzy mi się ona z tym, że choćby nie wiem co, każdego dnia możesz zacząć wszystko od nowa. Myślę, że zawdzięczam to przekonanie szkole – nowy zeszyt, nowe książki, każdego roku we wrześniu zupełnie nowa postać. Uwielbiam nowe rzeczy, uwielbiam zmiany, zmiany popychają mnie do przodu. Czasami wypierdalam się przy tym żałośnie, ale kto powiedział, że ma być lekko.

Zaczynam myśleć, że cały ten urlop jest, tak naprawdę, całkiem dobrym pomysłem i może nie będzie tak źle, jak w maju.

Wygląda na to, że jutro musimy wymeldować się do dziesiątej rano. Inaczej pani z bardzo równymi włosami przyjdzie po nas z siekierą. Jestem pewna, że ma specjalny hak na tę siekierę i nie może się wprost doczekać, żeby jej użyć.

 

15 września

pierwszy dzień urlopu [wyzwanie: każdego dnia należy generować 3000 znaków na dowolny temat]

Muszę sobie wynaleźć coś na ten urlop, bo zwariuję. Musi to być bezpłatne i na tyle angażujące, żebym przestała logować się na pracową skrzynkę. Nie zamierzam spędzić tego urlopu we łzach, tak jak w maju. O nie.

W poniedziałek odwiedziła nas Marie-Cecile, razem z Bastianem. Zauważyłam, że mam coraz mniej problemów z mówieniem po angielsku i szukam okazji, żeby się wykazać. Niestety, w dalszym ciągu mówię raczej to, co umiem powiedzieć, aniżeli to, co bym chciała. Nie mam też umiejętności finezyjnego wyrażania myśli, co, jak mniemam, przyjdzie z czasem. Zaczęłam z faszystowską gorliwością notować wszystkie nowe słowa, nowe sformułowania, idiomy, wszystko, wszystko. Jeśli czytam dla siebie, czytam po angielsku (przez to czytam w zasadzie wyłącznie kryminały, tłumacząc się tym, że angielski stanowi wartość dodaną i absolutne wytłumaczenie, coś jak pełne ziarno w herbatnikach, które pod każdym innym względem są chujowe). Notuję więc wszystko, a  potem wieszam nowe słówka, zdania, sformułowania, smaczki w łazience przy lustrze tak, żeby czytać je podczas mycia zębów i malowania oczu. Ta metoda była dawniej zaskakująco efektywna.

W poniedziałek wyszłam z pracy o 19.15 (Egmont wyglądał jak po wybuchu atomowym, pomyślałam, że tak właśnie będzie, jeśli pewnego dnia ludzkość przestanie istnieć i nikt nie będzie już potrzebował książek dla dzieci), pojechałam na aerobik (power TBC), a potem, zgrzana i zmęczona do nieprzytomności, pojechałam po P.

We wtorek nie działo się nic szczególnego, a przynajmniej nic, o czym bym pamiętała. W środę pojechałam do pracy autobusem i siedziałam do 19.30, wysyłając maile jak efektywny automat. Lubię to w sobie. Lubię te dni, kiedy jestem skoncentrowana na zadaniach i kiedy wykonuję je jedno po drugim bez mrugnięcia okiem, profesjonalnie, szybko i z gracją. Myślę, że aby działać w ten sposób, muszę mieć bardzo dużo na głowie, muszę mieć listę zadań a3 i granatowy flamaster, którym, jedno po drugim, wykreślam zadania. Flamaster musi być taki, żeby przebijał na drugą stronę. Denerwują mnie zadania, które wykreślam, a które mimo to widzę.

Myślę, że jestem mistrzem sporządzania list. W ostatnich kilku dniach musiałam zmierzyć się z kilkoma listologicznymi dylematami, o istnieniu których nie miałam pojęcia. Czy można na przykład przepisać zadanie z jednej listy na drugą i wykreślić je z pierwszej listy tak, jakby było zrobione? (Przecież nie jest). Albo czy jeśli zrobisz coś, czego nie było na liście, powinnaś to dopisać, a następnie skreślić? (Tak, dla zdrowia psychicznego). Rozwiązałam takich problemów wiele i pluję sobie w brodę, że ich nie zapisałam. To, czego nie zapiszesz, znika i jest tak, jakbyś tego nigdy nie pomyślała.

11 września

Tak naprawdę, żeby cokolwiek napisać, powinnam wyłączać internet. Od wczoraj zabieram się do napisania dwóch zdań na temat „jak tam”, otwieram gazetę i rozpuszczam się w głupich, nic nie wnoszących newsach, które odwracają moją uwagę.

Zapdejtowałam jednakowoż bloga z rysunkami. Zajęło mi to wczoraj pół dnia, ale jest.

 [potem]

 Zastanawia się, na ile w osiągnięciu niebiańskiego spokoju pomogłaby mi medytacja. Czy to jest w ogóle dziedzina, w której byłabym w stanie się odnaleźć [co za strata czasu, mówi inna ja, ta, która biegnie w mojej głowie, je na stojąco i ma ochotę trąbić, jeśli samochód przed nią jedzie za wolno]. Czy gdybym chodziła na jogę, byłoby lepiej. Nie, mówi moja druga ja, ponieważ histeryczne podejście do życia leży w twoim charakterze, a tego nie zmieni pies z głową do dołu ani (tym bardziej) pies z głową do góry. Więc co, ja się pytam, więc co. Chciałabym wyzwolić się z siebie, choć może słowo wyzwolić się nie jest na miejscu, ma w sobie element walki i kojarzy mi się z gołębiem zaplątanym w druty telefoniczne, a ja nie chcę walczyć i nie jestem gołębiem. Chcę spokojnie, krok po kroku, osiągnąć stan nirwany, błogosławionego wywału, gdzie nic, absolutnie nic nie jest w stanie mnie dotknąć. Czasami wydaje mi się, że to mam, a potem, po kilku dniach harmonii znów jeżdżę za szybko, znów mówię bez sensu, znów wszystko jest połączone ze wszystkim, węzeł gordyjski i uporczywe zaparcia.

 Śniły mi się dziś straszne rzeczy. Śniło mi się, że P pojechał na wojnę. Dzwoniłam do niego, rozmawiałam z kimś, kto go na tę wojnę wysłał, mówiłam, że nie, że to niemożliwe, że to jakaś pomyłka, że to jest mój kotek, który o wojnie nie wie nic i ma wrócić do domu. Nikt mnie nie słuchał, a P twierdził, że tak musi być. Potem śniło mi się jeszcze, że P musi powtarzać od początku wszystkie lata swojej edukacji, od pierwszej klasy szkoły podstawowej włącznie. Chodził na lekcje do podstawówki, on, trzydziestoletni facet z czarną brodą, i nikt, tam w podstawówce, nie widział w tym nic niewłaściwego. Nie jestem pewna, który sen był gorszy.

 Dobra rzecz w rysowaniu jest taka, że jeśli nie masz siły, możesz poświęcać się mechanicznym czynnościom – możesz przygotować sobie papiery na później, możesz wypełniać czarnymi kreskami kontury rzeczy, możesz wykonywać to wszystko bezmyślnie. Tak się przynajmniej wydaje. W praktyce, kiedy robisz to w takim rozedrganiu jak dziś, nic z tego nie wychodzi, a wszystko na raz wydaje się dokumentną stratą czasu.

nowy-ptak