1/3 października

Pilica, ośrodek YMCA, czy coś w tym rodzaju

Milion dwieście lat i ani jednego słowa, wstyd, żal dupę ściska.

Siedzę na werandzie domku, jednego z tych małych drewnianych domków, które z zewnątrz wydają się większe niż w środku. W środku pachnie jak w kościele albo jak w domu w Milanówku (zawsze uważałam, że tak pachnie śmierć, ale domki kempingowe stanowią dla mojej tezy intrygujący kontrargument). Przyjechaliśmy wczoraj, wyjeżdżamy jutro. Zaczynam znajdować upodobanie w tych weekendach wyjętych z codzienności i myślę, że dla takich weekendów warto poświęcić teksty w ZI, poświęcić kilka torebek, wypadów do lumpów i innych brewerii. Jechałam godzinę temu z Sulejowa, spadające liście we wstecznym lusterku, pies na siedzeniu za mną, kręta rzeka z prawej strony, ławki nad rzeką, powietrze złote jak miód. Czułam się szczęśliwa. Szczęśliwa na tyle, żeby po raz kolejny wyciągnąć słynne zdanie o pięknej chwili, która ma trwać, i chlastać się nim po twarzy.

img_1551 img_1511 img_1561 img_1562

Wczoraj, zasypiając, pomyślałam, że wcale nie jest tak źle. Że jasne, mam poważny problem z gospodarowaniem pieniędzmi, mam dług jak stąd do księżyca, ale – z drugiej strony – każdy coś ma, każdy, każdy, każdy. Ten się tnie, tamten pije, jeszcze jeden się zaciąga, puszcza, gra na wyścigach and what not. Mój Boże, gdyby nie to delikatne rozpasanie, gdyby nie ta jedna skaza, byłabym mdła, rozsądna, wykastrowana i święta do porzygania. Mówię sobie: powinnaś czerpać przyjemność z rzeczy innych niż zakupy. Oglądam się za siebie, wytrząsam na lewą stronę kieszenie swojej duszy i wychodzi, że taki sam fun, takiego samego kopa, tyle samo euforii daje mi sprzedanie rysunku, o ba, nawet jakikolwiek pozytywny rysunkowy fidbek. Mam jednakowoż problem – nie chcę tapetować fejsbuka rysunkami, nie chcę się narzucać (do licha, jeśli ktoś uzna, że mu się narzucasz, wyłączy cię ze znajomych, no harm done).

Powrót do pracy kosztował mnie nieco mniej wysiłku niż wskazywałyby na to dwa tygodnie urlopu. Jestem zdziwiona. Po pierwszym dniu, kiedy to czułam się tak, jakby ktoś wyssał mi mózg przez rurkę i napełnił czaszkę gutaperką, doszłam do siebie i wczoraj na koniec dnia wiedziałam już, jak się nazywam, jakie mam projekty i co z nimi zrobić, żeby uratować świat. Poza tym nie zmieniło się nic, posprzątałam na biurku, jeszcze kilka dni i osiągnę z powrotem ten stan koncentracji, w którym czuję, że moja głowa ma najwyższy moment obrotowy, że klik, klik, myśli rozwijają się jedna po drugiej gładko i logicznie, że wszystko, co robię, jest, klik klik, tak bardzo profesjonalne.

Postanowiłam wyznaczać sobie budżety tygodniowe, nie miesięczne. Wyliczyłam, że aby zmieścić się w swoich dochodach, nie mogę wydawać więcej niż 250 zł tygodniowo (chociaż muszę to jeszcze raz policzyć). Zamierzam zapisywać wszystkie wydatki tak, żeby nic mi nie uciekało i żeby czarno na białym widzieć, gdzie jest przekroczone i o ile. Jeśli poradziłam sobie kiedyś tą metodą z kaloriami, poradzę sobie i teraz.

Just watch me.

17 września, Włocławek

No i w ten sposób muszę dziś napisać nie 3, a 6 tysięcy znaków. Biały ekran jest jak otwarta paszcza.

 Cały wczorajszy dzień spędziłam na przygotowaniach do tego, żeby nic nie robić. Spisałam listę (a jakże), i metodycznie wykonałam wszystkie zawarte na niej punkty (oprócz pisania, stąd zadane na dziś 6 tysięcy znaków). Posprzątałam dom, wyniosłam śmieci, zmieniłam żwirek, ogarnęłam Sforę tak, żeby do wtorku działała bez mojego udziału, apotem odebrałam maila od użytkownika Joanna, w którym znajdowały się dwie prośby – napisać dla nich wstęp do folderu promującego nowe usługi (kontraktowa produkcja leków i kosmetyków) oraz przejrzeć witryny internetowe konkurencji, wybrać najlepszą i napisać rozprawkę na poparcie swojej tezy. Pierwszą prośbę wykonałam dziś, w obleśnym pokoiku [pensjonat we Włocławku, zastanawiam się, czy obsmarować ich w internecie, czy dać wygrać tej części swojej natury, która pozwala rzeczom być takimi jakimi są bez szczególnego sprzeciwu].

img_1498

Przyjechaliśmy wczoraj wieczorem (prowadziłam całą drogę). Przed dwudziestą drugą (punktualnie, tak jak było mówione) przywitała nas gruba baba w zawyżonym wieku średnim (w rzeczywistości mogła być pewnie moją rówieśnicą), z nasilonym napięciem przedmiesiączkowym, z włosami przypominającymi perukę i kaskadą prześlizgującymi się po twarzy (jak włosy w ogóle mogą rosnąć tak równo?). Zaprowadziła nas ‘na pokój’, wcisnęła klucz i zażądała po pierwsze – dowodu osobistego od któregokolwiek z nas (P dał swój), a po drugie – stu czterdziestu złotych opłaty teraz, zaraz, tu, na miejscu. Pojechaliśmy do bankomatu, P wyjął kasę, po czym zawiozłam go na miejsce picia, a sama wróciłam z psem, żeby zapłacić babce. Pies od pierwszego wejrzenia nienawidzi pokoju. Nienawidzi podłogi, a koc, który wzięliśmy z domu, wcale w tym nie pomaga. Dziś jest trochę lepiej, po całym dniu chodzenia (około osiemnastej miałam na liczniku szesnaście tysięcy kroków), jest tak zmęczona, że zasnęła, ale całą ubiegłą noc spędziła na mozolnym wciskaniu swojego futrzanego, krowiego tyłka pod łóżko, a następnie na histerycznych próbach wydostania się stamtąd z powrotem.

 Mimo wszystko mam wrażenie, że udało mi się wyrwać z taśmy produkcyjnej. Dziś rano, kiedy nieprzytomna zawiozłam P na start i w drodze powrotnej zatrzymałam się w makdonaldzie na kawę, poczułam się szczęśliwa. Siedziałam w samochodzie z nieumytymi włosami i zębami, piłam kawę i była to jedna z najlepszych kaw i najlepszych chwil w moim życiu, a w tym roku na pewno. Samochód delikatnie się bujał (zawsze się buja, kiedy pies dyszy na tylnym siedzeniu), a ja siedziałam, patrzyłam przed siebie i myślałam coś w rodzaju „chwilo, trwaj”. W pokoju (gdyby nie uporczywe skojarzenia z Egmo, nazwałabym ten pokój „niegościnnym”), umyłam zęby i twarz (krem nawilżający tołpy – mam nadzieję, że nie mówię tego w złą godzinę, wydaje mi się, że jest rewelacyjny), zabrałam psa i pojechałyśmy do miasta. Zjadłam śniadanie w samochodzie i czułam się (nie wiem w zasadzie dlaczego), jak na wagarach.

Włocławek wygląda trochę jak Łódź, a trochę jak Bolonia. W centrum małe, przykurczone budynki z czerwonej cegły (im mniejszy, tym starszy), a tuż obok centrum dziwne, puste pola, z których wyrastają straszne, pastelowe bloki, zupełnie jak w Nowym Dworze. Ludzi nie widać, jakby wymarli albo wyjechali do Londka (jeden czort), samochody jeżdżą spokojnie tak, jakby nikt się tu nigdzie nie spieszył. Może fakt, że dziś sobota, ma pewien wpływ na moją ocenę, ale spróbujcie pojechać w sobotę do Warszawy. Poza zwykłym i normalnym ruchem z prawej, z lewej i z tyłu, zdarzają się wtedy sytuacje zupełnie niespodziewane i absurdalne – stare pasaty ciągnące poniatowskim, niespełniające norm audi w średnim wieku na środkowych pasach, hamowanie na środku i kierunkowskazy z dupy.

 Zwiedziliśmy stare centrum Włocławka, domy siedzące w kucki nad ulicami, wąskie bramy pełne tajemnic (wyobraźcie to sobie – dom komunalny w samym centrum miasta, zabytki i sznur z bielizną, na którym wiszą dresy, czerwone spodenki nike, na domu kapliczka z madonną, dookoła sztuczne kwiaty we wszystkich kolorach świata, na podwórku czarne volkswageny,  dresiarze i ich babcie, całe życie przeniesione na dwór, usadzone na ławce przed domem jak we Włoszech). Zrobiłam dwa tysiące dwieście zdjęć [po zgraniu z aparatu uznałam je wszystkie za beznadziejne].

img_1506

 Wcześniej jeszcze zwiedziłam tamę (raz dużo wody, raz mało wody, tam, gdzie dużo wody: żaglówki i fal tak wiele), przeszłam przez most z zielonym rusztowaniem i przespałam się w samochodzie (śniło mi się, że ktoś umarł, a jakże).

Po tym, jak zwiedziliśmy starówkę i pies sflaczał dokumentnie, poszliśmy po zakupy. Zwykłe zakupy w auchan. Kupiłam ręcznik na aerobik (nie taki zwyczajny tylko z jakiegoś dziwnego, śliskiego tworzywa, w kolorze limonkowym), a po zakupach zjedliśmy naleśniki, wróciliśmy do pokoju (niegościnnego) i poszliśmy spać.

Liczę dni do kasy i cieszę się z nadchodzących prezentów. Gdybym miała sporządzić listę radości na dziś, napisałabym na niej, co następuje: dwa prezenty – a szczególnie torba z Vermut Atelier, wszystko wskazuje na to, że w poniedziałek zostanie wysłana. Obiecuję sobie, że to będzie ostatnia torba w tym roku i że będę nosiła ją codziennie tak, żeby nabrała tej wspaniałej patyny właściwej skórzanym torbom. Dalej, cudowna pora roku, lato, które ciemnieje i na brzegach zaczyna zamieniać się w jesień. Poranki i wieczory są zimne, dni są nadal złote i piękne, a liście powoli zaczynają spadać z drzew. Uwielbiam tę porę i każdego roku kojarzy mi się ona z tym, że choćby nie wiem co, każdego dnia możesz zacząć wszystko od nowa. Myślę, że zawdzięczam to przekonanie szkole – nowy zeszyt, nowe książki, każdego roku we wrześniu zupełnie nowa postać. Uwielbiam nowe rzeczy, uwielbiam zmiany, zmiany popychają mnie do przodu. Czasami wypierdalam się przy tym żałośnie, ale kto powiedział, że ma być lekko.

Zaczynam myśleć, że cały ten urlop jest, tak naprawdę, całkiem dobrym pomysłem i może nie będzie tak źle, jak w maju.

Wygląda na to, że jutro musimy wymeldować się do dziesiątej rano. Inaczej pani z bardzo równymi włosami przyjdzie po nas z siekierą. Jestem pewna, że ma specjalny hak na tę siekierę i nie może się wprost doczekać, żeby jej użyć.

 

15 września

pierwszy dzień urlopu [wyzwanie: każdego dnia należy generować 3000 znaków na dowolny temat]

Muszę sobie wynaleźć coś na ten urlop, bo zwariuję. Musi to być bezpłatne i na tyle angażujące, żebym przestała logować się na pracową skrzynkę. Nie zamierzam spędzić tego urlopu we łzach, tak jak w maju. O nie.

W poniedziałek odwiedziła nas Marie-Cecile, razem z Bastianem. Zauważyłam, że mam coraz mniej problemów z mówieniem po angielsku i szukam okazji, żeby się wykazać. Niestety, w dalszym ciągu mówię raczej to, co umiem powiedzieć, aniżeli to, co bym chciała. Nie mam też umiejętności finezyjnego wyrażania myśli, co, jak mniemam, przyjdzie z czasem. Zaczęłam z faszystowską gorliwością notować wszystkie nowe słowa, nowe sformułowania, idiomy, wszystko, wszystko. Jeśli czytam dla siebie, czytam po angielsku (przez to czytam w zasadzie wyłącznie kryminały, tłumacząc się tym, że angielski stanowi wartość dodaną i absolutne wytłumaczenie, coś jak pełne ziarno w herbatnikach, które pod każdym innym względem są chujowe). Notuję więc wszystko, a  potem wieszam nowe słówka, zdania, sformułowania, smaczki w łazience przy lustrze tak, żeby czytać je podczas mycia zębów i malowania oczu. Ta metoda była dawniej zaskakująco efektywna.

W poniedziałek wyszłam z pracy o 19.15 (Egmont wyglądał jak po wybuchu atomowym, pomyślałam, że tak właśnie będzie, jeśli pewnego dnia ludzkość przestanie istnieć i nikt nie będzie już potrzebował książek dla dzieci), pojechałam na aerobik (power TBC), a potem, zgrzana i zmęczona do nieprzytomności, pojechałam po P.

We wtorek nie działo się nic szczególnego, a przynajmniej nic, o czym bym pamiętała. W środę pojechałam do pracy autobusem i siedziałam do 19.30, wysyłając maile jak efektywny automat. Lubię to w sobie. Lubię te dni, kiedy jestem skoncentrowana na zadaniach i kiedy wykonuję je jedno po drugim bez mrugnięcia okiem, profesjonalnie, szybko i z gracją. Myślę, że aby działać w ten sposób, muszę mieć bardzo dużo na głowie, muszę mieć listę zadań a3 i granatowy flamaster, którym, jedno po drugim, wykreślam zadania. Flamaster musi być taki, żeby przebijał na drugą stronę. Denerwują mnie zadania, które wykreślam, a które mimo to widzę.

Myślę, że jestem mistrzem sporządzania list. W ostatnich kilku dniach musiałam zmierzyć się z kilkoma listologicznymi dylematami, o istnieniu których nie miałam pojęcia. Czy można na przykład przepisać zadanie z jednej listy na drugą i wykreślić je z pierwszej listy tak, jakby było zrobione? (Przecież nie jest). Albo czy jeśli zrobisz coś, czego nie było na liście, powinnaś to dopisać, a następnie skreślić? (Tak, dla zdrowia psychicznego). Rozwiązałam takich problemów wiele i pluję sobie w brodę, że ich nie zapisałam. To, czego nie zapiszesz, znika i jest tak, jakbyś tego nigdy nie pomyślała.

11 września

Tak naprawdę, żeby cokolwiek napisać, powinnam wyłączać internet. Od wczoraj zabieram się do napisania dwóch zdań na temat „jak tam”, otwieram gazetę i rozpuszczam się w głupich, nic nie wnoszących newsach, które odwracają moją uwagę.

Zapdejtowałam jednakowoż bloga z rysunkami. Zajęło mi to wczoraj pół dnia, ale jest.

 [potem]

 Zastanawia się, na ile w osiągnięciu niebiańskiego spokoju pomogłaby mi medytacja. Czy to jest w ogóle dziedzina, w której byłabym w stanie się odnaleźć [co za strata czasu, mówi inna ja, ta, która biegnie w mojej głowie, je na stojąco i ma ochotę trąbić, jeśli samochód przed nią jedzie za wolno]. Czy gdybym chodziła na jogę, byłoby lepiej. Nie, mówi moja druga ja, ponieważ histeryczne podejście do życia leży w twoim charakterze, a tego nie zmieni pies z głową do dołu ani (tym bardziej) pies z głową do góry. Więc co, ja się pytam, więc co. Chciałabym wyzwolić się z siebie, choć może słowo wyzwolić się nie jest na miejscu, ma w sobie element walki i kojarzy mi się z gołębiem zaplątanym w druty telefoniczne, a ja nie chcę walczyć i nie jestem gołębiem. Chcę spokojnie, krok po kroku, osiągnąć stan nirwany, błogosławionego wywału, gdzie nic, absolutnie nic nie jest w stanie mnie dotknąć. Czasami wydaje mi się, że to mam, a potem, po kilku dniach harmonii znów jeżdżę za szybko, znów mówię bez sensu, znów wszystko jest połączone ze wszystkim, węzeł gordyjski i uporczywe zaparcia.

 Śniły mi się dziś straszne rzeczy. Śniło mi się, że P pojechał na wojnę. Dzwoniłam do niego, rozmawiałam z kimś, kto go na tę wojnę wysłał, mówiłam, że nie, że to niemożliwe, że to jakaś pomyłka, że to jest mój kotek, który o wojnie nie wie nic i ma wrócić do domu. Nikt mnie nie słuchał, a P twierdził, że tak musi być. Potem śniło mi się jeszcze, że P musi powtarzać od początku wszystkie lata swojej edukacji, od pierwszej klasy szkoły podstawowej włącznie. Chodził na lekcje do podstawówki, on, trzydziestoletni facet z czarną brodą, i nikt, tam w podstawówce, nie widział w tym nic niewłaściwego. Nie jestem pewna, który sen był gorszy.

 Dobra rzecz w rysowaniu jest taka, że jeśli nie masz siły, możesz poświęcać się mechanicznym czynnościom – możesz przygotować sobie papiery na później, możesz wypełniać czarnymi kreskami kontury rzeczy, możesz wykonywać to wszystko bezmyślnie. Tak się przynajmniej wydaje. W praktyce, kiedy robisz to w takim rozedrganiu jak dziś, nic z tego nie wychodzi, a wszystko na raz wydaje się dokumentną stratą czasu.

nowy-ptak

* * *

A gdyby tak zbanować złe myśli, napady chandry i obezwładniające tantrumy i pisać tylko o tym, co jest dobre? Na przykład raz w tygodniu.

Na przykład.

Pies przestał rzygać. Wydarzenie na trzy gwiazdki. Ten, kto nigdy nie widział pawia, jakiego generuje czterdziestokilowy pies o piątej nad ranem, nie wie, o czym mówię. Ten, kto nie widział poczucia winy, jakie ma pies wytaplany w swoim pawiu, również tego nie wie.

W niedzielę pojechaliśmy do Sętek. Dla mnie miała to być podróż magiczna: odkrywanie korzeni, spojrzenie w niebo nad miejscem, w którym urodziła się moja piękna babka, poszukiwanie siebie, harmonia, siedem lat w Tybecie. Przez lata wyobrażałam sobie Sętki jako mistyczny początek i koniec, Dolinę Jozafata, Wilno Konwickiego, te sprawy (złote pola pszenicy, błękitne niebo, pszczoły za domem, archetyp na archetypie i archetypem pogania, a do tego słodkie, gęste powietrze nasycone czymś, co można spotkać wyłącznie w polskiej prozie lat sześćdziesiątych). Wierzyłam, że jeśli tu przyjadę, zrozumiem, doznam epifanii, odnajdę coś, o czym nie wiem nawet, że zaginęło. Ucałuję kamień, przytulę się do drzewa, a moja dusza rozbłyśnie. Nic nie rozbłysło. Nie ma już domu, w którym urodziła się moja babka. Zamiast niego stoi inny dom, a pod nim czarny seat. Nie zdążyłam zauważyć nic więcej, bo kiedy z innego domu wybiegła do nas baba (należąca, jak przypuszczam, do mojej rodziny), spierdoliliśmy, i tyle było mistycznej podróży. Trzy gwiazdki. Wstyd.

setki

Odkryłam na powrót aerobik. Dlaczego nikt mi nie powiedział, że to jest najlepszy, najprostszy, najtańszy i najbardziej efektywny sposób na głowę? Dawniej chodziłam na aerobik z wielu innych powodów – bo chciałam ważyć 55 kilo, bo chciałam mieć ciało jak młoda klaczka, bo to, bo tamto. Teraz chodzę tylko i wyłącznie ze względu na głowę. To pomaga, o ba, pomaga jak stąd do księżyca. Jeśli będzie tak dalej pomagać za kilka tygodni, wlepię pięć gwiazdek jak nic.

Chciałabym odkryć takie samo remedium na cerę. W ostatnim czasie mam na twarzy wszystkie atrakcje, jakie są dostępne – od monstrualnych syfów i innych „niedoskonałości” w pełnym asortymencie, poprzez suche placki i podrażnienia, aż po konkretne zmarszczki. Zawsze myślałam, że co jak co, ale nie da się mieć i zmarszczek, i trądziku jednocześnie. Otóż się da, voila.

Odkryłam też MLP, cztery gwiazdki. Do tej pory oglądałam to półgębkiem, dla pracy i chociaż zawsze nęciło mnie i zawsze wiedziałam, że coś w tym musi być, nie spodziewałam się, że mogę zostać wchłonięta bez reszty, tak żeby mi spadły skarpetki. Nie powiem, że to jest Tolkien, ale świat przedstawiony wydaje się niemal tak kompletny i tak oryginalny jak w Harrym Potterze, co samo w sobie jest powodem, żeby oglądać to niezależnie od setek książek, które muszę zrobić.

 

* * *

Pod koniec lipca pojechaliśmy do Tarłowa. Zawsze, kiedy gdzieś jedziemy, przypominają mi się moje wakacyjne wyjazdy sprzed dwudziestu pięciu lat, nie tylko wakacyjne, wszystkie wyjazdy, Zamek Królewski, Bieszczady, Park Skaryszewski. Wspólnym mianownikiem był dla nich mój ojciec, a w zasadzie jego ciągła, miotająca się w powietrzu i ogniskująca na przypadkowych obiektach furia. Teraz, kiedy o tym myślę, wyobrażam ją sobie jak zwitek nici w kolorze zgniłej zieleni. Oglądam za dużo kreskówek, zwitek nici fosforyzuje w powietrzu, szuka najprostszej drogi do ziemi, a kiedy trafia na punkt zaczepienia, wydaje złowrogie bzzzzzzzz niczym piorun kulisty. Po kilku sekundach ofiara jest zwęglona.

Zastanawiam się czasem, czy nie jestem taka sama i mówię sobie, że jeśli się zastanawiam, to znaczy, że nie jestem.

* * *

Zapłaciłam za stronę na kolejny rok i uważam, że jest to wystarczający powód do tego, aby dać sobie ostateczną szansę na pisanie. Kiedyś to mnie uspokajało, pozwalało zebrać myśli i spojrzeć na siebie z pewnej odległości (pierwszy dzienniczek zaczęłam w wieku lat 11 i pisałam dzielnie do chwili, kiedy poznałam P. Myślę, że ma to związek z tematyką moich zapisków – dobre 80 procent stanowiła kronika poszukiwania mężczyzny-który-byłby-w-stanie, a pozostałe 20 procent poświęcone było drobiazgowemu katalogowaniu dni złych i pochmurnych. Przez niemal 15 lat uzbierało się tego trochę). Teraz też CZASEM piszę, ale konsekwencję i systematyczność diabli wzięli. Odrywam się od ziemi, macham skrzydełkami, a potem znów zapominam. Mój kołowrotek kręci się tak szybko, że zanim zdążę pomyśleć ‚o, mogłabym o tym napisać’, jest już pozamiatane. 

* * *

Chciałabym być spokojną, ogarniętą dziewczyną. Nie taką gwiazdą rozgwiazdą, która ma problem ze wszystkim i nie potrafi nawiązywać społecznych więzi. Chciałabym, żeby można było powiedzieć „Sa to taka wspaniała, ciepła osoba, chciałabym mieć ją zawsze w głowie”. Nie wiem, czy to jest możliwe i z czego wynika fakt, że w żadnej mierze nie jest.

W tym tygodniu nie stało się nic epokowego poza jednym interesującym odkryciem – punkt widzenia mianowicie zależy od punktu siedzenia i wydaje mi się (mam nadzieję, że nie wypowiadam tego w złą godzinę), wydaje mi się, że przełamałam swoją złą passę, okres łez i zmęczenia, zmieniając miejsce, na którym siedzę w pracy. Przeprowadziłam się o metr w stronę okna i voila, wydarzył się cud. Mam nadzieję, że nie zepsuję tego cudu niewyspaniem, złym jedzeniem (węglowodany stanowią pożywkę dla lamblii, a jestem pewna, że noszę w sobie całe rodziny lamblii, i nie, nie pytajcie mnie, skąd ten wniosek), ani wściekłymi deadlinami, które z upodobaniem stawiam samej sobie. Podobno charakter człowieka zmienia się co siedem lat i, jeśli to prawda, stoję przed piątym aktem tych zmian: założyłam dwieście tabelek z datami, prowadzę pieczołowicie notatki ze wszystkich spotkań i obiecałam sobie, że zawsze, ale to zawsze będę płacić za telefon w terminie i nie przekraczać na Wale 90 kilometrów na godzinę. Będę zorganizowana i ogarnięta jak nigdy wcześniej.

Przez chwilę myślałam też, że w sposób łagodny i zdecydowany powinnam rozstać się ze swoim uzależnieniem od pochwał i zachwytów. To węglowodany mojej duszy, potrzebuję ich jak czekolady i, podobnie jak od czekolady, powinnam się od nich mimo wszystko odzwyczaić. Kiedyś, kiedy byłam młodsza i traktowałam samą siebie jak rekruta, którego należy najpierw złamać, a potem bez litości trenować, wyznawałam pogląd, o którym nieomal zapomniałam. Wierzyłam, że jeśli czegoś potrzebujesz, powinnaś natychmiast przestać, albowiem to, czego potrzebujesz, przejmuje nad tobą władzę i wytrąca ci z rąk ster twojego własnego życia. Nigdy jednakowoż nie wcieliłam tego poglądu w życie, nigdy naprawdę nie chciałam porzucić ani oszalałej potrzeby bycia kochaną, ani gorszej jeszcze, ślepej chęci wzbudzania w bliźnich zachwytu. Sfrustrowany, zapięty pod brodę sierżant w mojej głowie wywijał szpicrutą, katował moje ego do krwi, krzyczał, że nic, nigdy, że chuj i że dupa, a ja wiedziałam swoje i żyłam tak, jakbym łasiła się do świata.

Teraz, i kiedy mówię teraz, mam na myśli sobotnie popołudnie, koniec lipca, przyjemny chłód po deszczu, teraz więc, siedząc na dachu z widokiem na kokornak (Aristolochia rotunda L.), dochodzę do wniosku, że po co. Po co ze sobą walczyć, po co się naginać, po co wciskać stopę do pantofelka Kopciuszka, po co obcinać sobie piętę. Potrzebuję rzeczy, potrzebuję zachwytu, potrzebuję czuć, że jestem kochana, potrzebuję drogich torebek oraz ciuchów z lumpeksu i dopóki nie podporządkowuję wszystkiego tym potrzebom, dopóki one nie zaczną mnie niszczyć, nie zamierzam ich sobie odbierać. Nie wiem, skąd wziął się pomysł „doskonalenia poprzez cierpienie”, pomysł na chwałę ukrytą w przełamywaniu się, zmuszaniu się do bycia kimś innym niż jest się w istocie. Nie wiem, gdzie to się urodziło, nie wiem, skąd przyszło, ale pamiętam, że było ze mną od zawsze, w zapyziałej podstawówce, w elitarnym liceum, w mojej biednej, zagonionej głowie, zawsze, gdziekolwiek poszłam. Jakby robienie tego, co się chce i lubi, nie było (phi!) żadną sztuką, jakby trzeba było zostawić to na boku, zabierając się za rzeczy, które są trudne i nudne, i które wymagają nieskończenie ciężkiej „pracy nad sobą”, doskonalenia, przełamywania, zmuszania się, gargantuicznej siły charakteru oraz masochistycznych skłonności. Jakby chwała płynęła tylko z obcinania pięt i wkładaniu stóp w buty, które i tak nigdy nie pasowały.

Czasami myślę, że to nie tylko mój problem, że w taki właśnie sposób trenowano dzieci w latach osiemdziesiątych, że to jakaś powszechna skaza, która prowadzi teraz ludzi w kryzysie środka życia na rozmaite manowce.

*

Odkąd przestałam pisać o rzęsistkowicy i zaśniadach groniastych, mam więcej czasu dla siebie.

W ten weekend przeczytałam wszystko, co internet miał do zaoferowania na temat krzesła elektrycznego. W ostatnich tygodniach przeczytałam dwie książki o seryjnych mordercach (Tedzie Bundym oraz Leszku Pękalskim), trzy kryminały z mało sympatycznymi heroinami: Zaginiona dziewczyna, Dziewczyna z pociągu oraz Dark Places (polska wersja tytułu to chyba Mroczny Zakątek). W kolejce mam jeszcze kilka podobnych pozycji.

Kiedy byłam mała, lubiłam oglądać Domowy Poradnik Medyczny, trzymałam zakładki na zdjęciach wrzodów rogówki. Coś jednak jest na rzeczy.