* * *

A gdyby tak zbanować złe myśli, napady chandry i obezwładniające tantrumy i pisać tylko o tym, co jest dobre? Na przykład raz w tygodniu.

Na przykład.

Pies przestał rzygać. Wydarzenie na trzy gwiazdki. Ten, kto nigdy nie widział pawia, jakiego generuje czterdziestokilowy pies o piątej nad ranem, nie wie, o czym mówię. Ten, kto nie widział poczucia winy, jakie ma pies wytaplany w swoim pawiu, również tego nie wie.

W niedzielę pojechaliśmy do Sętek. Dla mnie miała to być podróż magiczna: odkrywanie korzeni, spojrzenie w niebo nad miejscem, w którym urodziła się moja piękna babka, poszukiwanie siebie, harmonia, siedem lat w Tybecie. Przez lata wyobrażałam sobie Sętki jako mistyczny początek i koniec, Dolinę Jozafata, Wilno Konwickiego, te sprawy (złote pola pszenicy, błękitne niebo, pszczoły za domem, archetyp na archetypie i archetypem pogania, a do tego słodkie, gęste powietrze nasycone czymś, co można spotkać wyłącznie w polskiej prozie lat sześćdziesiątych). Wierzyłam, że jeśli tu przyjadę, zrozumiem, doznam epifanii, odnajdę coś, o czym nie wiem nawet, że zaginęło. Ucałuję kamień, przytulę się do drzewa, a moja dusza rozbłyśnie. Nic nie rozbłysło. Nie ma już domu, w którym urodziła się moja babka. Zamiast niego stoi inny dom, a pod nim czarny seat. Nie zdążyłam zauważyć nic więcej, bo kiedy z innego domu wybiegła do nas baba (należąca, jak przypuszczam, do mojej rodziny), spierdoliliśmy, i tyle było mistycznej podróży. Trzy gwiazdki. Wstyd.

setki

Odkryłam na powrót aerobik. Dlaczego nikt mi nie powiedział, że to jest najlepszy, najprostszy, najtańszy i najbardziej efektywny sposób na głowę? Dawniej chodziłam na aerobik z wielu innych powodów – bo chciałam ważyć 55 kilo, bo chciałam mieć ciało jak młoda klaczka, bo to, bo tamto. Teraz chodzę tylko i wyłącznie ze względu na głowę. To pomaga, o ba, pomaga jak stąd do księżyca. Jeśli będzie tak dalej pomagać za kilka tygodni, wlepię pięć gwiazdek jak nic.

Chciałabym odkryć takie samo remedium na cerę. W ostatnim czasie mam na twarzy wszystkie atrakcje, jakie są dostępne – od monstrualnych syfów i innych „niedoskonałości” w pełnym asortymencie, poprzez suche placki i podrażnienia, aż po konkretne zmarszczki. Zawsze myślałam, że co jak co, ale nie da się mieć i zmarszczek, i trądziku jednocześnie. Otóż się da, voila.

Odkryłam też MLP, cztery gwiazdki. Do tej pory oglądałam to półgębkiem, dla pracy i chociaż zawsze nęciło mnie i zawsze wiedziałam, że coś w tym musi być, nie spodziewałam się, że mogę zostać wchłonięta bez reszty, tak żeby mi spadły skarpetki. Nie powiem, że to jest Tolkien, ale świat przedstawiony wydaje się niemal tak kompletny i tak oryginalny jak w Harrym Potterze, co samo w sobie jest powodem, żeby oglądać to niezależnie od setek książek, które muszę zrobić.

 

* * *

Pod koniec lipca pojechaliśmy do Tarłowa. Zawsze, kiedy gdzieś jedziemy, przypominają mi się moje wakacyjne wyjazdy sprzed dwudziestu pięciu lat, nie tylko wakacyjne, wszystkie wyjazdy, Zamek Królewski, Bieszczady, Park Skaryszewski. Wspólnym mianownikiem był dla nich mój ojciec, a w zasadzie jego ciągła, miotająca się w powietrzu i ogniskująca na przypadkowych obiektach furia. Teraz, kiedy o tym myślę, wyobrażam ją sobie jak zwitek nici w kolorze zgniłej zieleni. Oglądam za dużo kreskówek, zwitek nici fosforyzuje w powietrzu, szuka najprostszej drogi do ziemi, a kiedy trafia na punkt zaczepienia, wydaje złowrogie bzzzzzzzz niczym piorun kulisty. Po kilku sekundach ofiara jest zwęglona.

Zastanawiam się czasem, czy nie jestem taka sama i mówię sobie, że jeśli się zastanawiam, to znaczy, że nie jestem.

* * *

Zapłaciłam za stronę na kolejny rok i uważam, że jest to wystarczający powód do tego, aby dać sobie ostateczną szansę na pisanie. Kiedyś to mnie uspokajało, pozwalało zebrać myśli i spojrzeć na siebie z pewnej odległości (pierwszy dzienniczek zaczęłam w wieku lat 11 i pisałam dzielnie do chwili, kiedy poznałam P. Myślę, że ma to związek z tematyką moich zapisków – dobre 80 procent stanowiła kronika poszukiwania mężczyzny-który-byłby-w-stanie, a pozostałe 20 procent poświęcone było drobiazgowemu katalogowaniu dni złych i pochmurnych. Przez niemal 15 lat uzbierało się tego trochę). Teraz też CZASEM piszę, ale konsekwencję i systematyczność diabli wzięli. Odrywam się od ziemi, macham skrzydełkami, a potem znów zapominam. Mój kołowrotek kręci się tak szybko, że zanim zdążę pomyśleć ‚o, mogłabym o tym napisać’, jest już pozamiatane. 

* * *

Chciałabym być spokojną, ogarniętą dziewczyną. Nie taką gwiazdą rozgwiazdą, która ma problem ze wszystkim i nie potrafi nawiązywać społecznych więzi. Chciałabym, żeby można było powiedzieć „Sa to taka wspaniała, ciepła osoba, chciałabym mieć ją zawsze w głowie”. Nie wiem, czy to jest możliwe i z czego wynika fakt, że w żadnej mierze nie jest.

W tym tygodniu nie stało się nic epokowego poza jednym interesującym odkryciem – punkt widzenia mianowicie zależy od punktu siedzenia i wydaje mi się (mam nadzieję, że nie wypowiadam tego w złą godzinę), wydaje mi się, że przełamałam swoją złą passę, okres łez i zmęczenia, zmieniając miejsce, na którym siedzę w pracy. Przeprowadziłam się o metr w stronę okna i voila, wydarzył się cud. Mam nadzieję, że nie zepsuję tego cudu niewyspaniem, złym jedzeniem (węglowodany stanowią pożywkę dla lamblii, a jestem pewna, że noszę w sobie całe rodziny lamblii, i nie, nie pytajcie mnie, skąd ten wniosek), ani wściekłymi deadlinami, które z upodobaniem stawiam samej sobie. Podobno charakter człowieka zmienia się co siedem lat i, jeśli to prawda, stoję przed piątym aktem tych zmian: założyłam dwieście tabelek z datami, prowadzę pieczołowicie notatki ze wszystkich spotkań i obiecałam sobie, że zawsze, ale to zawsze będę płacić za telefon w terminie i nie przekraczać na Wale 90 kilometrów na godzinę. Będę zorganizowana i ogarnięta jak nigdy wcześniej.

Przez chwilę myślałam też, że w sposób łagodny i zdecydowany powinnam rozstać się ze swoim uzależnieniem od pochwał i zachwytów. To węglowodany mojej duszy, potrzebuję ich jak czekolady i, podobnie jak od czekolady, powinnam się od nich mimo wszystko odzwyczaić. Kiedyś, kiedy byłam młodsza i traktowałam samą siebie jak rekruta, którego należy najpierw złamać, a potem bez litości trenować, wyznawałam pogląd, o którym nieomal zapomniałam. Wierzyłam, że jeśli czegoś potrzebujesz, powinnaś natychmiast przestać, albowiem to, czego potrzebujesz, przejmuje nad tobą władzę i wytrąca ci z rąk ster twojego własnego życia. Nigdy jednakowoż nie wcieliłam tego poglądu w życie, nigdy naprawdę nie chciałam porzucić ani oszalałej potrzeby bycia kochaną, ani gorszej jeszcze, ślepej chęci wzbudzania w bliźnich zachwytu. Sfrustrowany, zapięty pod brodę sierżant w mojej głowie wywijał szpicrutą, katował moje ego do krwi, krzyczał, że nic, nigdy, że chuj i że dupa, a ja wiedziałam swoje i żyłam tak, jakbym łasiła się do świata.

Teraz, i kiedy mówię teraz, mam na myśli sobotnie popołudnie, koniec lipca, przyjemny chłód po deszczu, teraz więc, siedząc na dachu z widokiem na kokornak (Aristolochia rotunda L.), dochodzę do wniosku, że po co. Po co ze sobą walczyć, po co się naginać, po co wciskać stopę do pantofelka Kopciuszka, po co obcinać sobie piętę. Potrzebuję rzeczy, potrzebuję zachwytu, potrzebuję czuć, że jestem kochana, potrzebuję drogich torebek oraz ciuchów z lumpeksu i dopóki nie podporządkowuję wszystkiego tym potrzebom, dopóki one nie zaczną mnie niszczyć, nie zamierzam ich sobie odbierać. Nie wiem, skąd wziął się pomysł „doskonalenia poprzez cierpienie”, pomysł na chwałę ukrytą w przełamywaniu się, zmuszaniu się do bycia kimś innym niż jest się w istocie. Nie wiem, gdzie to się urodziło, nie wiem, skąd przyszło, ale pamiętam, że było ze mną od zawsze, w zapyziałej podstawówce, w elitarnym liceum, w mojej biednej, zagonionej głowie, zawsze, gdziekolwiek poszłam. Jakby robienie tego, co się chce i lubi, nie było (phi!) żadną sztuką, jakby trzeba było zostawić to na boku, zabierając się za rzeczy, które są trudne i nudne, i które wymagają nieskończenie ciężkiej „pracy nad sobą”, doskonalenia, przełamywania, zmuszania się, gargantuicznej siły charakteru oraz masochistycznych skłonności. Jakby chwała płynęła tylko z obcinania pięt i wkładaniu stóp w buty, które i tak nigdy nie pasowały.

Czasami myślę, że to nie tylko mój problem, że w taki właśnie sposób trenowano dzieci w latach osiemdziesiątych, że to jakaś powszechna skaza, która prowadzi teraz ludzi w kryzysie środka życia na rozmaite manowce.

*

Odkąd przestałam pisać o rzęsistkowicy i zaśniadach groniastych, mam więcej czasu dla siebie.

W ten weekend przeczytałam wszystko, co internet miał do zaoferowania na temat krzesła elektrycznego. W ostatnich tygodniach przeczytałam dwie książki o seryjnych mordercach (Tedzie Bundym oraz Leszku Pękalskim), trzy kryminały z mało sympatycznymi heroinami: Zaginiona dziewczyna, Dziewczyna z pociągu oraz Dark Places (polska wersja tytułu to chyba Mroczny Zakątek). W kolejce mam jeszcze kilka podobnych pozycji.

Kiedy byłam mała, lubiłam oglądać Domowy Poradnik Medyczny, trzymałam zakładki na zdjęciach wrzodów rogówki. Coś jednak jest na rzeczy.

Taka skaza

Potrzebuję, żeby mnie ktoś chwalił. Moim zwierzęciem totemicznym jest pies, mam w duszy specjalne miejsce na pochwały (wyobrażam je sobie jako czarną szufladkę, dziwię się, że nie pika na lotnisku i nie wychodzi w rentgenie). Jeśli długo nie wzbudzam w nikim zachwytu, wypalam się, mam ochotę zwinąć skrzydła i iść. Do innej pracy, do innego życia, do innej siebie, gdzieś daleko, gdzie nikt mnie nie znajdzie, gdzie będę mogła od nowa roztaczać swój emejzing, pokazywać sztuczki i podawać łapę. Są ludzie, których napędza władza, są tacy, których napędza kasa (i władza), są tacy, których napędza seks (i władza), jedzenie, wódka, szybka jazda samochodem, czekolada z orzechami nussbeiser. Moim silnikiem są głaski. Jeśli mnie pogłaskać, wejdę na szczyt wszystkiego, szczęśliwa jak golden retriever. Taka skaza.

baletnica na tle

Emejzing

Latem częściej myślę o tych czasach, kiedy byłam mała, i o tych rzeczach, które są stracone. Kiedy jesteś małą dziewczynką, świat jest dla ciebie zachwycający w stopniu, którego nie osiągniesz nigdy więcej. Był w każdym razie zachwycający dla mnie, był smakowity, nienapoczęty i soczysty. Poziom emejzingu wszechrzeczy był tak oszałamiający, że aby dziś zbliżyć się do niego choćby o milimetr, musiałabym się naćpać.

Koń, który pasł się za płotem i który chrupał marchewki – emejzing. Mogłam wystawić rękę przez płot, koń dotykał jej delikatnymi, ciepłymi chrapami – emejzing. Spacer nad Wisłę (tak daleko, jak jeszcze nigdy nie byłaś, do piaskarni i z powrotem, tą samą trasą, którą teraz co niedziela pokonujesz z psem) – emejzing.

Widoczek z kwiatów, szkiełka i ziemi – emejzing.

Pan Samochodzik, Wakacje z duchami, Karolcia, Muminki, Dzieci z Bullerbyn, czytanie nocą, zakazany owoc – emejzing. Wycieczka do Otwocka – emejzing. Pizza na Francuskiej – emejzing. Oswoić kota tak, żeby wziąć go na ręce – emejzing. Każde wydarzenie, każdy dzień, każda zabawa, każda nowa rzecz, każdy sen, każda wizja przyszłości – emejzing.

P. mówi: przecież możesz to wszystko robić, możesz chodzić nad Wisłę, czytać nocą, możesz znaleźć jakiegoś konia i dotknąć jego pyska. Ale strasznie żal.

* * *

Stare powiedzenie nazywało Neimoidian jedyną rasą rozumną która miała osobny organ wewnętrzny, przeznaczony wyłącznie do zamartwiania się.

Darth Maul, łowca z mroku

D jak dupa

Jednak jestem do dupy.

 

Czasami myślę, że dobrze by było się zabić w jakiś schludny sposób. Cóż to za pomysły, moja panno, mówi mi wtedy moje mądre ja. Pomyśl o ostatnim razie, kiedy chciałaś się zabić, i o tym wszystkim, co by się nie stało, gdyby to się stało. Życie pełne jest zakrętów, niespodzianek, nieoczekiwanych zwrotów akcji, kupy w papierkach i brylantów w kupie. Życie jest nieprzewidywalne, i grzechem przeciwko narracji byłoby przeciąć to byle gdzie i nie poczekać na cokolwiek, co wydarzy się dalej.

 

A poza tym miałaś przecież przeczytać jeszcze raz Grę o Tron.

 

Ale ja już nie mogę, nie, nie, nie, nie, stoję po kolana w czarnej mazi, nie mogę się ruszyć, nie mogę nic zrobić (pani Sabino, powiedziałby psycholog, zawsze można coś zrobić, można na przykład ruszać palcem w bucie na złość wszystkiemu, do taktu swojej ulubionej piosenki). Dawniej uczepiłabym się takiego przekonania, dosiadła go okrakiem i wio, ruszyła przed siebie, radosna i wolna jak zwykle. Teraz chuj (wystarczy wspomnieć – do 16 siedziałam dziś w łóżku, spłakana jak dziecko, nie mając siły na to, żeby umyć zęby). Teraz chuj. Mam poczucie, że absorbuję z otoczenia wszystkie złe rzeczy, które się dzieją, że moja głowa jest jak gazetka ścienna, na której z pietyzmem wieszam to wszystko – codziennie inne dekoracje, a wszystkie razem poświęcone śmierci przyrządzonej w ten czy w inny sposób. Stoję w tym po kolana i wchłaniam oczami, uszami, nosem, tak bardzo, że kwiaty jabłoni wydają mi się straszne, a ich zapach przyprawia o mdłości.

 

Chciałabym, żeby ktoś wymienił mi głowę, tak jak wymienia się zbiornik na wodę w piwnicy. Żeby ktoś wylał to, co jest we mnie, na beton i ze zdziwieniem spostrzegł, że o, tyle się tego przez ten czas nazbierało, tu śmierć, tu śmierć, tu śmierć, a tu, kto by pomyślał, a tu malutka zawiść, która drepcze truchcikiem lśniąca jak żuczek gnojnik. Chciałabym, żeby za sześćset złotych można było kupić nowy zbiornik, zamontować go na miejscu, i żeby na jakiś czas starczyło.

 

Półtora roku temu poszłam do psychologa. Był trzeci października i zapchał nam się kibel. Pomyślałam, że to alegoria, ten kibel, i że każdy ma taką alegorię, na jaką sobie zasłużył.

 

Chodziłam do psychologa przez półtora roku. Ugniatałyśmy na różne strony wiele dziwnych wydarzeń, moich autorskich pomysłów na interpretację świata, pokracznych i dzikich wizji, sekretnych małych zazdrości, miętoliłyśmy wszystko to, co na ogół napisane jest pod twoją umową z życiem małym druczkiem, to wszystko, o czym nikt przy zdrowych zmysłach nigdy nie powie na głos. Miętoliłyśmy i chuj z tym. Kiedy skończyłam, kiedy wyszłam z gabinetu na początku grudnia, myślałam, że alleluja. Posiadam klucz do szczęścia, panuję nad sobą, rozumiem siebie i wszystko, co dookoła. Jestem upasiona wiedzą tak, że mi się ulewa, i teraz, moje życie, uderz mnie, jeśli zdołasz.

Moje życie (chwalmy Pana) nie skorzystało z okazji. Innymi słowy nie wydarzyło się nic, co w najmniejszym stopniu zasługiwałoby na miano próby albo doświadczenia takiego przez D jak DUPA. Zamiast tego mam poczucie, że historia toczy się kołem i wiem o sobie tyle samo co dawniej, przed dniem zapchania kibla, a kiedy letni wietrzyk przewraca mnie na plecy, macham nóżkami tak samo żałośnie jak zwykle. Półtora roku miętolenia poszło w diabły, podobnie jak inne moje wielkie przedsięwzięcia oraz ich wielkie cele, nie mówiąc już o kasie, którą na to straciłam.

 

Zresztą kto wie, może z tym jest jak z aparatem na zęby.

 

Być może tak. Powinnam nosić płytkę retencyjną, raz w tygodniu, w piątki o dziewiętnastej, miętolić się samodzielnie po to, żeby utrzymać efekt nirwany, tego wspaniałego, globalnego wywału, z którym skończyłam w grudniu. Serio, mówię wam, serio. Miałam wywalone jak jeszcze nigdy wcześniej. Miałam poczucie, że cokolwiek się stanie, to ja to uniosę, to ja z tym pofrunę, i ogarnę wszystko wystarczająco dobrze. I przysięgam, kiedy mówię TO, mam na myśli wszystko – wszystkie moje lęki, moje największe demony, rzeczy tak okropne, że ze strachu nawet nigdy mi się nie śniły. Po osiemnastu miesiącach miętolenia miałam świadomość, że jestem pudzianem własnego życia, że mam moc, a jednocześnie, że jest mi w pewien błogosławiony sposób kompletnie wszystko jedno.

 

Miałam wtedy zwyczaj chodzić dużo z psem, każdego dnia robiłyśmy dziesięć tysięcy kroków, mimo że była zima, a dni ciasne i ciemne.

Oddałabym tę zimę za dziś – za maj, za kwiaty jabłoni, za pięć dni urlopu, które przepłakałam.